Kilka tygodni temu zaproponowano
mi test fotoobrazu Saal Digital. Bardzo się ucieszyłam, gdyż produkty Saal
Digital znam już od dłuższego czasu i wszyscy, którzy mieli z nimi styczność od
razu zwracają uwagę na jakość. Dziś recenzja naszego fotoobrazu.
Zdjęcie
Najtrudniejszą częścią w
projektowaniu fotoobrazu jest wybór zdjęcia. Jeśli ma się tak fotogenicznego
psa i robi mu milion zdjęć wybranie tylko jednego graniczy niemal z cudem. Jest
jednak fotografia, którą pokochałam od momentu, gdy zobaczyłam ją na małym
ekraniku aparatu. Starałam się przeglądać i dyskutować z Manusiowym Panem o
innych, ale cały czas wracałam do tej fotki. Ma ona bardzo wyraziste kolory,
dlatego tym bardziej byłam ciekawa jak zostanie to odwzorowane na płótnie.
Projektowanie
Na stronie Saal Digital należy pobrać
program do projektowania produktu. W programie wybieramy co chcemy zamówić. Do
wyboru są fotozeszyty, fotoksiążki, obrazy, plakaty, kalendarze i inne.
Przejrzałam wszystkie dostępne produkty i muszę przyznać, że Saal Digital
wyróżnia się spośród innych firm z fotousługami. Fotoksiążki zawsze kojarzyły
mi się z kiczowatymi albumikami znajomych z wakacji. Tu jednak na pewno nie
znajdziemy kiczu. Papier wysokiej jakości, opcja matowego papieru, grubych
stron, różnorodne okładki. Wszystko wygląda profesjonalnie i elegancko.
Jeżeli chodzi o fotoobrazy mamy
do wyboru kilka powierzchni oraz wiele rozmiarów. Ja wybrałam płótno 40x60 cm.
W dalszej części pojawia się
prosty edytor. Na jednym obrazie można dodać kilka zdjęć, zmienić tło,
przekręcać je. Ja jednak wybrałam opcję wypełnienia całego obrazu jednym
zdjęciem. Klikamy „dodaj do koszyka” i po wszystkim.
Obraz wysyłany jest do nas z
Niemiec, a to wiąże się z jednym minusem. Zapłacić można jedynie przy pomocy
karty kredytowej. Dla większości ludzi to żaden problem. Ja musiałam prosić
Manusiowego Pana o pomoc, bo sama takowej nie posiadam.
Koszt przesyłki jest identyczny
jak krajowy, a paczka trafiła do mnie już po 3 dniach od zamówienia.
Wrażenia
Zabrzmi to nieskromnie, ale
dopiero widząc moje zdjęcie w tak dużym formacie, autentycznie się nim
zachwyciłam! Kolory są bardzo dobrze odwzorowane, ostrość idealna, jakość
pierwsza klasa. Nawet z bardzo bliskiej odległości nie widać pikseli. Jest to
oczywiście zasługa zarówno dobrej jakości fotografii, jak i jakości oferowanej
przez Saal Digital.
Obraz zawisł na wejściu do
naszego mieszkania, tak by był pierwszą rzeczą, którą widzą wchodzący do nas
goście. Jest naprawdę piękny!
Jestem bardzo zadowolona z
zamówionego produktu i szczerze polecam go wszystkim. Warto pamiętać, że im
większy format zamawianego zdjęcia, tym ważniejsza jest jego jakość wyjściowa. Jeśli macie ukochane zdjęcie, które
chcialibyście oglądać na swojej ścianie to z czystym sumieniem rekomenduję
zamówienie fotoobrazu Saal Digital.
A ja już łamię sobie głowę, które
zdjęcia wybrać do fotoksiążki, którą zapragnęłam mieć :).
Zgodnie z zapowiedzią 14.10.2017
r. wystąpiliśmy podczas imprezy schroniska TOZ „Fauna” w Rudzie Śląskiej „Psi spacer
– Ludzie i psiaki pokonują rudzkie szlaki”. Główną atrakcją wydarzenia był
spacer z psem przez kochłowickie lasy. W rudzkim dogtrekkingu wzięło udział
ponad 50 uczestników. Trasa miała około 12 km i trzeba było zarówno zaliczyć
punkty kontrolne, jak i wykonać różnorodne zadania, aby otrzymać dodatkowe
punkty. Bieg rozpoczął się o 14.
My na miejscu pojawiliśmy się około
15:45. Tym razem nie braliśmy udziały w biegu. Po pierwsze czekało nas odpowiedzialne
zadania, a po drugie po mojej kontuzji w wakacje nie doszłam jeszcze do pełnej
formy. Nie zasililiśmy zatem ekipy biegaczy, ale przywieźliśmy dodatkową atrakcję
niespodziankę – Ewkę z Łapeczkowo. Ewa postanowiła wesprzeć nas moralnie w
naszym debiucie, no i jak to Ewka nie mogła przyjechać z pustymi rękami. Ale o
tym za chwilę.
Super zabawa!
Obeszliśmy zatem dwa stawy dla
rozgrzewki, Manu przywitał się z milionem psów i szalał z każdym kto tylko
chciał szaleć. Obawiałam się jak uda mi się poskromić tę energię i chęć
zaczepiania kolegów. Na szczęście zgodnie z przewidywaniami, gdy tylko
wyciągnęłam torebkę ze smaczkami cały świat w około zniknął! Byłam tylko ja i
małe granulki w saszetce. Wzięłam specjalnie Orijen 6 fish by „woniało”
intensywnie.
Nowy kolega :)
Gdy skończyliśmy nasz krótki
spacerek przeznaczony głównie na klachy (pogaduchy), ognisko paliło się już w
najlepsze, a kiełbaski piekły, tak przepysznie, tradycyjnie. Coraz więcej
psiaków docierało do mety i coraz więcej osób ulegało pokusie pieczonych w
ogniu pyszności. Atmosfera była cudna, bardzo rodzinna. Nadeszła więc chwila na
nasz pokaz.
Ciekawe co to będzie?
Pani Beata Drzymała – kierownik schroniska,
zapowiedziała Manu jako Internetową gwiazdę :D. Głównym celem naszego występu
było pokazanie, że pies schroniskowy w niczym nie jest gorszy od cudnych
rasowców. Z kundelkiem też można pracować, też go uczyć i przede wszystkim
wspaniale spędzać czas razem. Wybierając Manu w schronisku bardzo chciałam by
był psem skupionym na człowieku. Nic więcej jednak o nim nie wiedziałam. Nie
wiedziałam co przeszedł, gdzie mieszkał, jaką miał socjalizację, kim byli jego
rodzice. Nie wiedziałam jaką mieszanką ras jest i co tak naprawdę z niego
wyrośnie. Okazało się, że wystarczyła odrobina pracy, kawalątek troski i całe
serce miłości, a udało się nam osiągnąć całkiem sporo. Kawałek tego
postanowiłam pokazać, jednocześnie przekonując, że warto pracować z każdym
psem.
W spacerze uczestniczyli też podopieczni schroniska.
Manu jest moim pierwszym psem w
dorosły życiu, a zatem pierwszym, którego czegokolwiek uczyłam. Był to więc
nasz absolutny debiut. Mnie jako trenera i Manu jako psa sztuczkowego. Wyglądało
to tak:
Jestem bardzo ciekawa Waszych
opinii i mam nadzieję, że podzielicie się nimi w komentarzach tu lub na fanpage’u.
Wypatrujemy Waszych opinii.
A co ja myślę o naszym pokazie?
Jestem bardzo dumna z Manu. Nigdy wcześniej nie pracował w takim rozproszeniu.
Chodziliśmy wprawdzie do parku poćwiczyć. Nigdy jednak nie było wokół nas tyle
psów, ludzi, nowych zapachów, dźwięków, pieczonej kiełbasy i oczu wpatrzonych w
nas. Skupiał się bardzo ładnie, dobrze wykonywał swoje zadanie. Ogólnie rzecz
biorąc jestem zadowolona. Uważam nasz debiut za udany. Jeden Pan zapytał nawet,
czy szkolę psy zawodowo, więc chyba było dobrze :).
Zdjęcie pt. "Dumna mama"
Po naszym występie było
przyznanie nagród dla uczestników dogtrekkingu. Oprócz trzech głównych miejsc,
przyznawano nagrody, za wykonane zadania i zaliczone punkty kontrolne.
Wszystkim serdecznie gratulujemy (nagrodzonych możecie zobaczyć na naszym fb w
folderze Psi Spacer).
Gratulujemy!
Przyznano też nagrodę specjalną
dla najstarszego uczestnika biegu. Nagrodą był zestaw Imprints of Love od
Łapeczkowo, czyli zestaw do wykonania pamiątkowego odcisku łapki :). Nasz
senior zachowywał się jak niezmordowany szczeniorek, a jego Pani ucieszyła się
z tajemniczego pudełka.
11 lat ma ten Pan.
Ewka, niesamowicie skromna babka, cichutko tłumaczyła w
czym rzecz. Przejęłam więc mikrofon i pochwaliłam się za nią, jak cudowną rzecz
wymyśliła i jak wspaniale ją realizuje! Do tego jest też przekochaną Manusiową
ciocią, która mocno trzymała za nas kciuki, wytrzymywała żywiołowość Manu na
smyczy, gdy ja robiłam zdjęcia i dała nam duuuuuuużo pozytywnej energii :).
Dostaliśmy też piękny prezent – pin „psyjaźń”.
I teraz jak na Oscarach: Dziękuję
Ewce, że towarzyszyła nam w tym wyjątkowym dniu. Dziękuję pracownikom „Fauny”
za zaproszenie. Dziękuję moim kochanym Cioteczkom Ani, Agnieszce i Monice za
powtarzanie, że jesteśmy super. Dziękuję Manusiowemu Panu za wsparcie i pomoc.
No i dziękuję Emmanuelowi za to, że jest idealny <3.
Ostatnio wiele ekscytujących
rzeczy mnie spotyka. Chcę dzisiaj się z Wami podzielić właśnie tymi nowościami
z naszego Manusiowego świata.
Pierwszą i najważniejszą rzeczą
jest impreza schroniska TOZ „Fauna” w Rudzie Śląskiej. Impreza pierwotnie miała
odbyć się 23 września, jednak ze względu na złe warunki atmosferyczne
przeniesiono ją na 14 października. Odbędzie się charytatywny bieg z psem z
zadaniami do wykonania, będzie ognisko i… pokaz sztuczek! Tak, tak, pokaz
sztuczek pieska Manu.
Dziewczyny ze schroniska
zaproponowały nam byśmy pokazali, że z psem schroniskowym też można pracować, bawić
się tą pracą, osiągać efekty i mieć ogromną satysfakcję z tego. Nigdy wcześniej
nie robiliśmy takiego oficjalnego pokazu naszych umiejętności, tym bardziej
jestem ciekawa czy Manu da radę się skoncentrować w obecności wielu psów i ludzi.
Zobaczymy czy będziemy mogli się chwalić dozgonnie tym, że było idealnie, czy
śmiać z naszej wtopy.
Impreza ma bardzo szczytny cel,
dlatego nie zastanawiałam się dwa razy i od pewnego czasu (niestety z ponad
dwutygodniową przerwą na chorobę) ćwiczymy nasz układ w różnych miejscach i
rozproszeniach. Serdecznie zapraszamy do uczestnictwa w imprezie. Ruda Śląska –
Kochłowice – Rybaczówka 14.10.2017 r. Szczegóły na stronie schroniska.
Kolejną ekscytują rzeczą w naszym
psiejskim życiu, a raczej w pańciowym życiu jest kolaboracja z Łapeczkowo. Z
połączenia naszych mocy – pomysłowości Ewki i sprawności moich rąk powstały
one: filcowe kotofriend i psijaciel.
Wypatrujcie efektów naszej współpracy na
stronie Łapeczkowo w okolicy listopada. Zachęcam też do zajrzenia już teraz, gdyż
Ewka wprowadziła nowe odlotowe zestawy Imprints of Love. Choć Manusiowy odcisk
łapki leży już jakiś czas na półce, zakochałam się w nowych ramkach i nie
wykluczone, że powtórnie skuszę się na zakup J.
Nasza recenzja Łapczkowo tutaj.
wersja duża
wersja mała :)
No i crème de la crème,
wisienka na torcie, gwóźdź programu, czyli za mną pierwszy zjazd kursu
dyplomowego COAPE nadającego kwalifikacje behawiorysty zwierząt. Tak moi drodzy,
postanowiłam skończyć z dumaniem i wcielić moje marzenia w czyn.
Zajęcia odbywają się tym razem
pod Warszawą. Pojechałam z lekką dozą niepewności, jak to będzie, lecz już po
pierwszym wykładzie stwierdziłam, że w końcu jestem w odpowiednim miejscu.
Wykłady pierwszego modułu
dotyczyły głownie procesu udomowienia psów, wzorców zachowań
charakterystycznych dla tego gatunku oraz psychologii rozwojowej psów.
Utrwaliłam moją dotychczasową wiedzę dotyczącą mechanizmów uczenia się i
warunkowania, a także poszerzyłam o nowe dla mnie teorie i terminy i nie mogę
się doczekać ciągu dalszego.
Wykładowcy, oprócz bycia
kompetentnym, okazali się być też bardzo życzliwymi i sympatycznymi ludźmi,
nastawionymi mocno na nauczenie nas swojego fachu. Każdy moduł kończy się pracami
zaliczeniowymi, które skonstruowane są tak, by wykorzystywać zdobytą wiedzę w
praktyce. Szczerze to naprawdę przyjemne uczucie znaleźć się wśród ludzi tak
samo zakręconych na punkcie zwierząt, jak ja.
Pierwszy zjazd dał mi mega pozytywnego
kopa do działania. Z Warszawy leciałam 30 cm ponad autostradą, myśląc o
zdobytej wiedzy, wspominając nowopoznanych ludzi, a przede wszystkim planując
swoją przyszłą pracę. W mojej głowie pojawiło się tysiące pomysłów, a w sercu
nowa moc i energia! Na mojego Manula też spojrzałam świeżym okiem. Wpadłam na
to, jak pracować nad naszymi drobnymi trudnościami i doceniłam to jak cudownym
psem jest, ile błędów mi wybaczył i jak rewelacyjne efekty udało się nam
osiągnąć.
Trzymajcie za nas kciuki,
wspierajcie i zaglądajcie do nas, jak najczęściej, gdyż dzieje się, dzieje, a
wszystko to jest jeszcze lepsze, gdy można się dzielić swoją radością z innymi.
Psy wyróżniają się na tle innych
zwierząt udomowionych wyjątkową empatią i skupieniem na człowieku. Badania
wykazują, że lepiej potrafią czytać nasze emocje od szympansów, z którymi
jesteśmy najbliżej spokrewnieni. Psy są tak wyspecjalizowane w kontaktach z
ludźmi, że zauważają i potrafią interpretować tak drobne sygnały, jak
ruchy gałek ocznych. Oczywiście jak zawsze w statystyce, będą również
przedstawiciele reprezentujący totalny brak empatii i ekstremalną empatię. Znałam psy, które nigdy nie były nauczone
pracy z człowiekiem, takie które przez doznaną krzywdę nie chciały mieć z nim
nic wspólnego i takie, które same z siebie nie były nim zainteresowane, często
zwane „psy-koty”. Są oczywiście też psy mocno na człowieku skupione i jeden tak
empatyczny, że zasługuje na miano „najbardziej empatycznego pies świata”.
Oczywiście mowa o moim Manu.
Manu nie jest idealnym wzorem
skupienia na pracy. Oczywiście potrafi się koncentrować w domu idealnie, a na
dworze dobrze, ale gdy pojawia się jakiś ciekawy kolega, to pędzi go przywitać,
chwilę się pobawić i dopiero wtedy może pracować dalej. To co jednak jest jego
wyjątkowym darem to odczytywanie ludzkich emocji, a w moich stanach jest po
prostu ekspertem.
Nie było jednej łzy, której Manu
by nie zlizał. Zawsze, gdy wydarza się coś co doprowadza mnie do łez,
piesek jest przy mnie i nie odstępuje mnie na krok. Manu pocieszał nie tylko mnie, ale też i mojego małego bratanka. Gdy tylko
Bobby zaczynał cichutko kwilić pierwszą osobą przy wózku był Manu gotowy lizać
jego rączki i stópki. Płacz jest jednak skrajnym zjawiskiem.
Manu rozpoznaje bezbłędnie
również gniew. Gdy się złoszczę np. na Manusiowego Pana pies od razu przybiega
całować i przynosi zabawki i skacze głupkowato na mnie tak, że trudno zachować
powagę. Jest typowym zazdrośnikiem, który wpycha się między nas by to jego
tulaskować. Reaguje też wyjątkowo na mój entuzjazm. Jakiś czas temu opisywałam
jego lęk przed latającymi owadami w domu i to jak sobie z tym poradziliśmy.
Kluczem do naszego sukcesu, była właśnie moja radość i śpiewy, które dla
psa były silniejszym sygnałem niż jego strach.
A co z pobratymcami? Manu jest
mistrzem sygnałów uspokajających, choć nie jest mistrzem nawiązywania
znajomości. Mój futrzak jest tak podekscytowany każdym kolegą, że biegnie nie
zależenie od wielkości psa. Spotyka to się czasem z nerwową reakcją, a wtedy
Emmanuel używa całego wachlarza ukłonów, cmokasków, ziewania, obracania się
itd. tak by zjednać sobie serce każdego psa.
No ok. Teraz kilku z Was powie
„Łeeee mój pies też to potrafi”. Wchodzimy zatem na level hard.
ManMan jest mega empatyczny w
sytuacji choroby. Po raz kolejny jak go mam dopadło mnie choróbsko, które i tym
razem położyło mnie na kilka dni. I po raz kolejny mój pies nie odstępował mnie
na krok. Manu nie może spać w łóżku, ale może wskakiwać na kanapę. Gdy jestem
chora przenoszę się na rozkładaną kanapę do salonu, by nie budzić smarkaniem i
kasłaniem mojej drugiej połówki i by mieć dostęp do TV w czasie
rekonwalescencji. Manuś nie odstępuje mnie wtedy ani na moment
I to dosłownie. Leży
cały czas koło mnie, nie marudzi, nie zaprasza do zabawy, nie idzie sprawdzić
co Pan porabia. 24 h na dobę leży ze mną. Patrzy na mnie, od czasu do czasu
poliże ręce czy stopy, wącha moją twarz i znów się kładzie. Czasem śpi, czasem
po prostu leży, przytula się. Gdy Pan zabiera go na spacer Manuś załatwia
wszystkie swoje potrzeby na najbliższym trawniku i ciągnie do domu, a po
przyjściu kładzie się z powrotem. Gdy byłam chora na grypę leżał ze mną bite 5
dni. 6 dnia zaczął zaglądać na Pana i wtedy wiedzieliśmy, że zaczynam zdrowieć.
Niestety tym razem dopadł mnie
jakiś wirus zmutowany, którym Manu się zaraził i boroczek dostał zapalenia
gardła. Wirusy są bardzo wrażliwe na temperaturę, dlatego zwalczamy je
gorączką. Nie przechodzą zatem na psy, których stała temperatura ciała to nasza
gorączka (38,5). Ten jednak madafaka przeszedł. Manuś chorując jest tak samo
radosny, jak będąc zdrowym, tak samo się bawi, tak samo cieszy, ma taki sam
apetyt. Zaczął jednak furczeć noskiem i weterynarz potwierdził zapalone
gardziołko (BTW jestem mega spokojna u weta i Manu dzielnie znosi nawet
zastrzyki, Pan ma bardziej miękkie serduszko i Manuś od razu to wyczuwa
uciekając dupką przed igłą). Pełna wyrzutów sumienia przeniosłam się do
sypialni by pies nie leżał już ze mną, a poprzytulał się na kanapie z Panem.
Zapomnijcie! Wprawdzie do łóżka nie wchodzi, ale leży obok łóżka non stop jeśli
ja w nim jestem. Kładzie od czasu do czasu łebek na materacu, by sprawdził czy
wszystko ok. Popiskuje lekko, bo nie może się do mnie dostać i kładzie się
znowu.
A teraz level ekspert! Uroczą
moją cechą wrodzoną jest nadmierna ruchomość stawów, która powoduje, że często
sobie coś skręcam, wybijam, podkręcam i tłukę. Dodatkowo od czasu do czasu
nawala mi kręgosłup, a raczej mięśnie wzdłuż mojego wiotkiego kręgosłupa,
porażone przy jakimś dziwnym ruchu. Powoduje to ograniczenia w poruszaniu się.
I tu Manu pokazuje swoje absolutne mistrzostwo i geniusz.
Tak wygląda geniusz.
Pies, który normalnie ciągnie na
smyczy przestaje ciągnąć. Pies, który normalnie biegnie się przywitać do
kolegów, olewa inne psy. Pies, który normalnie robi rozbieg przed zrobieniem
kupy, kuca w miejscu. Nie muszę się nigdy bać idąc pozginana w bólu, że Manu
mnie pociągnie, skoczy na mnie lub zrobi jakiś dziwny, szczeniacki manewr.
W lipcu tego roku odwiedziliśmy
Cieszyn. Jak to zwykle ja – wybiłam/złamałam palec u lewej nogi. Noga spuchła,
bolała, trudno było chodzić. Ale, jak to zwykle ja „Taki palec nie bydzie mi za
jedno godać! Idemy na szpacyr”. No i poszliśmy. Manu w Cieszynie dostaje
małpiego rozumu, gdyż chce obwąchać każdą kostkę brukową, każde drzwi sklepu,
każdego przechodnia. Na smyczy prowadził go Pan i trudno było psi entuzjazm
opanować. Wpadłam więc na pewien pomysł.
- Daj mi go.
- Ale przecież ledwo chodzisz, a
on głupieje!
- Zaufaj mi.
Wzięłam smycz, a pies jakby ktoś
mu wcisnął pauzę! Szedł przy nodze i z rzadka oddalał się by obwąchać coś na
odległość nie większą niż połowa smyczy. I to się nazywa najbardziej empatyczny
pies świata!
Skończyły się wakacje. Powoli ku
końcowi zmierza też lato. Choć na Śląsku nadal świeci jeszcze słońce, grzeje
już jesiennie. Lato dla większości jest najprzyjemniejszą porą roku. Dzieciom
kojarzy się z labą, a dorośli właśnie w tym czasie zazwyczaj biorą urlopy i
jeśli nie remontują to oddają się błogiemu wypoczynkowi. Zwykły weekend staje
się 100 razy fajniejszy, gdy można rozpalić grilla. Podróżujemy, imprezujemy,
zapominamy o problemach i obowiązkach dnia codziennego. Czytamy „lekkie”
książki, a w kinach lecą wakacyjne filmy. Sielanka.
Niestety lato jest też okresem, w
którym wzrasta liczba porzuconych zwierząt. Nie masz komu zostawić psa na czas
wakacji – wywal go po drodze z auta. Chcesz pospać dłużej niż zwykle - pozbądź
się psa, który musi wyjść na spacer o jakiejś nieludzkiej porze. Masz ochotę na
coś nowego, ekscytującego – przywiąż starego przyjaciela do drzewa w środku
lasu…
Babcia znaleziona na ulicy. Czeka na dom w schronisku w Rudzie Śląskiej.
Powstaje wiele kampanii,
zwracających uwagę na bestialstwo takiego zachowania. Kampanie te zazwyczaj
starają się mocno wpłynąć na nasze emocje. Porównują psa do dziecka, pokazują
jak przywiązane są do nas psy, przedstawiają lęk i zagubienie czworonoga po
porzuceniu. Czy te kampanie działają?
Uwaga! Wzruszające!
Wydaje mi się niestety, że
działają tylko na osoby takie, które już są empatyczne wobec psów. Niedawno na
fanpage’u napisałam, jak Manu zlizywał moje łzy, których nie mogłam powstrzymać
oglądając powyższy spot. To co najbardziej mnie wtedy ruszyło to nie tyle los
pieska z ekranu, ale to, że mój ukochany Piesek Manu też kiedyś został
porzucony. Małe psie dziecko, błąkające się po ulicach, w za ciasnej obróżce.
Gdyby nie schronisko nie wiadomo jak by się to skończyło. Manu jest psem bardzo
skupionym na człowieku. Nie mógł się po prostu zgubić (nikt zresztą go nie
szukał). Nie potrafię sobie nawet wyobrazić co czuł i jakim człowiekiem musi
być ktoś, kto go wyrzucił.
Jeśli więc nie kampanie to co?
Pomysłów jest kilka. Niektórzy
chcą zabrać się za ten problem systemowo, poprzez zaostrzenie kar i zwiększenia wykrywalności sprawców. Wprowadzić obowiązek czipowania i rejestrowania psów.
Wtedy, gdy pies zostanie porzucony będziemy mogli sprawdzić, kto to zrobił. Jestem
zwolennikiem zaostrzenia kar za okrucieństwo wobec zwierząt, a co
najważniejsze, za wykorzystywaniem możliwości ukarania przez sądy, które często
są bardzo pobłażliwe w tym zakresie. Wydaje mi się jednak, że to rozwiązanie ma
kilka minusów i nie może być jedynym. Po pierwsze lęk przed karą nie uwrażliwia ludzi na potrzeby zwierząt,
nikt nie pokocha Fafika, bo może trafić do paki. Po drugie wiele czynów jest
karanych nawet surowiej, a ludzie i tak je popełniają, wymyślając, mniej lub
bardziej skuteczne sposoby na uniknięcie kary. Moja „Kingowska” wyobraźnia
podpowiada mi obrazy psów z ranami na łopatkach po wyrwanych czipach. Należy tu
też domniemywać, że obowiązek czipowania w naszym kraju pewnie byłby tak samo
przestrzegany, jak obowiązek sprzątania po psie i płacenia za niego podatków.
Jakie jest zatem moje
rozwiązanie. Bardzo długofalowe. Uważam, że należy zmienić postrzeganie psa w
naszym społeczeństwie. Powoli te zmiany się dzieją. Coraz więcej ludzi spędza
czas ze swoim psem, powstaje wiele imprez dla miłośników psów i psich sportów.
Budowane są wybiegi dla psów. Niestety w większości domów nadal pokutuje
wieloletnia „tradycja” trzymania psa jako mebla.
Nieśmiały Kovu, "Fauna" Ruda Śląska
Najważniejsza jest więc edukacja.
Schronisko TOZ „Fauna” w Rudzie Śląskiej od lat prowadzi zajęcia edukacji
humanitarnej w przedszkolach i szkołach. Podczas zajęć w obecności jednego z
psiaków schroniskowych pracownicy schroniska opowiadają o tym, jak należy
opiekować się naszymi pupilami. Zapraszają także dzieci do zwiedzania
schroniska z nauczycielami. Uczniowie mogą zobaczyć, jak wygląda życie zza
krat. Zdarzają się przypadki, gdy któreś dziecko mówi „A mój tata miał dość
Burka i go oddaliśmy tutaj. Jest tu jeszcze Burek?”. Smutne jest to, gdy
dziecko mówiąc o porzuceniu, czy oddaniu psa nie odczuwa w związku z tym żadnych
emocji. Uważam jednak, że należy edukować od najmłodszych lat. Uczyć dzieci
szacunku do zwierząt, środowiska naturalnego i tym samym siebie nawzajem.
Szkoła jednak nie zrobi tego sama bez wsparcia rodziców. Co zatem z dorosłymi?
Często, gdy próbujemy dowiedzieć
się, czy ktoś rzeczywiście przemyślał decyzję o posiadaniu psa, mówimy mu „Pies
to obowiązek”. Rodzice powtarzają to swoim dzieciom, które błagają o Azorka „Pies
to obowiązek”. I to prawda, że posiadanie psa wiąże się z obowiązkami. Sam pies
natomiast obowiązkiem nie jest. Nikt nie ma obowiązku jego posiadania. Może wydać
się to Wam śmieszne, ale sposób w jaki mówimy, ma ogromny wpływ na to jak
myślimy, w końcu nasze myśli zazwyczaj formułujemy w identyczny sposób jak
wypowiedzi. Ktoś kto całe życie myśli i mówi o sobie „jestem beznadziejny” ma małe
szanse na zdobycie sukcesu, ten znowu, który codziennie wstaje myśląc „dam
radę!” rzeczywiście daje radę.
Zmiany w naszym języku powodują
często bardzo pozytywne zmiany w naszej mentalności. Przykładem mogą być tu ruchy
feministyczne walczące o prawa kobiet w ubiegłym wieku. Normalnym wtedy było
stwierdzenie „One man, one vote” (tłum. „Jeden człowiek/mężczyzna, jeden głos”).
Choć wydaje się być to niewinna zbieżność angielskiego słowa „man”
oznaczającego zarówno człowieka, jak i mężczyznę, jednak gdy zaczęto zwracać na
to uwagę, gdy kobiety oburzyły się na taki stan rzeczy, okazało się, że mogą uzyskać
prawa wyborcze (w Stanach Zjednoczonych w latach 20tych XX wieku, a w
Szwajcarii dopiero w latach 70tych!). Nikt teraz nie stosuje już sloganu „one
man, one vote” (hasło to było również kontrowersyjne, gdyż w domyśle nie uwzględniało czarnoskórych obywateli USA). Używanie odpowiednich słów na prawdę ma moc!
"Jedna osoba, jeden głos."
Wracając zatem do „psa –
obowiązku”. „Obowiązek” kojarzy nam się z czymś nieprzyjemnym, uciążliwym.
Obowiązki wypełniamy z poczucia przymusu. Chętnie byśmy się tych naszych
obowiązków pozbyli choćby na chwilę, choćby na wakacje, czas urlopu. Nic więc
dziwnego, że „pies-obowiązek” wywołuje u dzieci reakcję „wrrrr! A muszę ja z
nim iść? Nie może Jasiek?!”. I tak wiele „psów-obowiązków” w rodzinach
obowiązkowych staje się przykrą powinnością, a w rodzinach bumelantów trafia na
ulicę.
Pies, moi Drodzy, nie jest
obowiązkiem. Pies jest przywilejem! Pamiętajmy o tym i mówmy o naszych
przyjaciołach w ten sposób. Nie każdy musi mieć psa, a co więcej nie każdy
POWINIEN mieć psa. Ogromna ilość ludzi nie nadaje się na psiego opiekuna! Pies
jest przywilejem! Czymś dla wybranych, czymś pożądanym, upragnionym, czymś co
można komuś odebrać, jeśli nie dba o niego. Nikt nie chce się pozbywać swoich przywilejów.
Staramy się o przywileje, pielęgnujemy je.
Nie każdy powinien mieć psa, ale
pójdę nawet o krok dalej – nie każdy na psa zasługuje. Pies obdarza człowieka
najwyższym zaufaniem i bezwarunkową miłością, czy człowiek jest dla niego dobry
czy nie, czy jest bogaty czy biedny, mądry czy głupi, stary czy młody. Pies
jest chodzącym szczęściem, radością. Serduszkiem z ogonem, gotowym do
najwyższych poświęceń, byle być z nami. Prawdziwym przyjacielem.
Manu po
przekroczeniu progu naszego mieszkania od razu zaakceptował nas jako swoją
rodzinę/stado. Nie musieliśmy zaskarbiać sobie jego miłości, nie musieliśmy
udowadniać mu, że jesteśmy fajni. Wzięliśmy go pod swój dach, więc z automatu
uznał nas za najfajniejszych ludzi na świecie. To uczucie, gdy widzę jak spokojnie
śpi koło mnie, ufając mi i kochając mnie całym sobą, jest tak niewyobrażalnie
niesamowite, że nie mogę myśleć o moim Manu inaczej, jak o największym
przywileju jaki mnie spotkał. To, że mogę być jego panią, jest przywilejem jak
jasny gwint!
Spójrzcie dziś na swoje psiaki i
powiedzcie mi, czy jest inaczej?
Nie bądźmy nigdy obojętni. Jeśli
Wasz sąsiad, kuzyn, kolega z pracy miał psa i nagle go nie ma, spytajmy co się
z nim stało. Może ta osoba straciła przyjaciela i potrzebuje Waszego wsparcia,
a może jakiś piesek potrzebuje teraz pomocy,
błąkając się po lesie. Zwracajmy ludziom uwagę, gdy widzimy, że źle
traktują swoje zwierzęta. Edukujmy innych, że pies jest przywilejem i że nie
każdy na niego zasługuje. Uczmy nasze dzieci i dzieci znajomych, jak cudownymi
zwierzętami są psy i że trzeba o nie dbać. Pamiętajmy o psiakach w
schroniskach. Pomagajmy! A może kolejne wakacje dla psów będą weselsze.
Dzisiejszy post będzie mówił o tym, że choć wakacje z psem są super, to czasem ok jest nie zabrać ze sobą psa. Wyjechałam na tydzień bez Pieska Manu. Wróciliśmy w środę.
Bardzo lubię podróżować i
zwiedzać. Przez cały rok staram się wybierać miejsca psijazne (dzięki
nawypadzpsem i dogintravel za inspirację) i zabierać ze sobą mojego psa. Niektóre
wycieczki robimy z myślą o Manu, jak wypad nad jeziorko, by poznać Piri, czy
regularne wizyty w pobliskich parkach i lasach. Manu lubi gdy się pakujemy,
gdyż wie, że bagaże i auto zawsze wiążą się z nową, ciekawą przygodą. Mamy
bardzo zwierzolubną rodzinę i znajomych, także nawet do nich jeździmy z psem.
Dlaczego zatem zdecydowaliśmy w tę podróż nie brać Manu?
Funchal
Raz do roku mam ochotę wyrwać się
z codziennego życia i przez tydzień czasu mieć widok na Atlantyk, zwiedzać, chodzić
po górach, jeść pyszne banany, popijać kiepskim winem, patrzeć na rozgwieżdżone niebo leżąc na balkonie i słuchając szumu oceanu. Kocham wyspy. Kawał
serca zostawiłam na Maderze.
W tym roku postanowiliśmy więc wrócić na naszą
ukochaną wyspę wiecznej wiosny. Ile bym dała by pokazać Manu ten cudny zakątek!
Ale emocje na bok. Czas na
konkrety.
Większość lotów czarterowych
obowiązuje zakaz przewozu zwierząt – najzwyczajniej w świecie biurom podróży
się to nie opłaca. Podobnie sprawa się ma w niektórych tanich liniach
lotniczych. Te droższe pozwalają na przewóz zwierząt, ale są duże obostrzenia.
Pies ważący razem z transporterem mniej niż 8 kg może być zabrany na pokład i
umieszczony pod siedzeniem pasażera. Pies powyżej 8 kg musi być przewożony w
specjalnym, wzmacnianym transporterze w luku bagażowym. Nie muszę Wam chyba
tłumaczyć, że ciemny i słabo wentylowany luk bagażowy to nie wymarzone miejsce
dla psa, tym bardziej nieprzyzwyczajonego do transportera. Lot na Maderę trwa 5
godzin. Do tego trzeba doliczyć czas załadunku i rozładunku i wyobraźcie sobie
teraz, że skazałabym mojego ukochanego 12 kilogramowego psa na 7 godzin strasznego stresu, by
przez 7 dni znalazł się ze mną w zupełnie nowym, nieznanym sobie miejscu, po
czym kolejne 7 godzin stresu w drodze powrotnej! (Zakładając, że lot nie ma
opóźnienia).
Nie rozumiem dlaczego nie można
dla psa wykupić normalnie miejsca w samolocie. Jasne, że w transporterze, ale
normalnie w samolocie jako pasażera. Ech!
Madera jest przecudną wyspą,
gdzie temperatura przez cały rok waha się między 20 a 30 stopni. Tyle w teorii. Jeśli spojrzymy na mapę, Madera jest na wysokości Maroka, a to oznacza
afrykańskie słońce. Słońce, które w godzinach 11-17 jest super jeśli siedzisz w
chłodnym cieniu i popijasz Ponchę. Gorzej jeśli masz futro, a dojście do wszystkich
ciekawych miejsc prowadzi po mega rozgrzanych chodnikach i ulicach. Oczywiście
i tam ludzie mają psy, ale wychodzą z nimi dopiero po 18-19 lub wcześnie rano,
a psy turystów wyglądały niezmiennie na zmęczone i przegrzane. Nie pomaga im też fakt, że wszędzie jest pod górę i to stromą. Takie ukształtowanie terenu wykańcza nawet miejscowych. Gdybyśmy jechali
na dłużej, dajmy na to miesiąc, jest czas na aklimatyzację. Gdybyśmy mogli
jechać jesienią albo zimną… Gdyby, gdyby… Manu średnio znosi upały w Polsce, tym bardziej nie chciałabym, aby coś mu się stało z powodu ostrego słońca i to na drugim
końcu świata. I choć cudnie wyglądają zdjęcia piesków na plażach Chorwackich
czy Greckich, nie wiem czy zabieranie ich w tak upalne miejsca, a potem jeszcze
siedzenie na gorącej plaży w tłumie ludzi nie jest zwyczajnie męczeniem
czworonoga.
Dolina Zakonnic
Inna rzecz, że ja nie cierpię
plażowania. Lubię zwiedzać, a to z psem niestety nie zawsze jest możliwe. Muzea
nie wpuszczają psów, wypożyczonym samochodem nie wolno przewozić psa, na
niektóre szlaki również bez psów, bo rezerwaty. A nie po to się jedzie na
wczasy, by siedzieć w hotelu lub co gorsza zostawiać psa samego w pokoju hotelowym.
Madera nie jest zatem idealnym
miejscem na podróż z psem.
Pojawia się więc pytanie
dlaczego nie wybraliśmy innego kierunku?
Niektórych może to zdziwi: nie ma nic złego w wakacjach bez psa. Czasem można też
pomyśleć o sobie i swoich przyjemnościach, marzeniach i potrzebach. Nie trzeba
rezygnować z podróży i poznawania świata, bo ma się zwierzaka. Warunek jest
jeden – należy psu zapewnić dobrych, troskliwych i odpowiedzialnych opiekunów
na czas naszego wyjazdu.
Co zatem porabiał Manu, gdy ja „samolubnie"
zwiedzałam świat. Ano pracował! Manu został na ten tydzień z moimi rodzicami,
których uwielbia. Moja Mama pracuje w biurze. Jej szefowa Pani Gosia jest cudowną i bardzo
zwierzolubną osobą (ma pięknego kota o imieniu Figa), podobnie, jak i wspólniczka szefowej Pani Asia (jej kot nazywa się Mozart). Pozwoliły Pani Mamie
zabierać Manusia ze sobą do pracy.
Dzięki temu Manu ani na chwilę nie musiał
zostawać sam w domu. „Praca” w biurze bardzo mu się podobała. Mógł się
wylegiwać do woli, a gdy tylko potrzebował spaceru czy głasków to je dostawał. Nawet
z nami nie ma takiego luksusu (ech… ta nasza praca :P). Wszyscy współpracownicy
Pani Mamy z miejsca pokochali Manu. Urozmaicał im czas w biurze pokazami sztuczek. Był bardzo grzeczny.
Ostatniego dnia wszyscy robili sobie pamiątkowe zdjęcia i poprosili Manulka, by
ich odwiedzał.
Głaski w biurze! Pozdrawiamy Pana Tomka.
Po południu zaś Manu spędzał czas też z
Panem Tatą, który jest najfajniejszym Panem Tatą, bo daje smaczne owocki
i bawi się w różne szaleństwa, a nawet pozwala na cmokaski! Wieczorem zasypiał
w sypialni rodziców, tak jak zawsze zasypia w naszej sypialni. Spacerował
znanymi sobie ścieżkami (jesteśmy częstymi gośćmi w moim domu rodzinnym). Hasał
codziennie bez smyczy. Był czesany i miał szczotkowane ząbki według instrukcji.
A co najważniejsze otoczony był miłością i troską.
Drzemka po pracy.
Poranne hasanie.
Czy było tak na 100% bajecznie?
No, może na 99%. Psa niestety nie da się przygotować na nasz wyjazd. Nie
wytłumaczy mu się i nie nastawi. Dla niego sytuacja zaczyna się w momencie, gdy
zamykają się za nami drzwi i znikamy, może na 5 minut, może tydzień, a może na
zawsze? Ta świadomość była dla mnie najgorsza. Bardzo martwiłam się, jak to
będzie i jak mój szkrab da sobie radę. Okazało się jednak, że martwiłam się
niepotrzebnie.
Manu po naszym wyjściu lekko zestresowany.
Gdy zawieźliśmy go do rodziców i rozłożyłam jego „bambetle” Manu
się strasznie cieszył. Gdy zaś założyliśmy buty i chcieliśmy wyjść, wyszedł za
nami. Powiedziałam jednak „pies zostaje”, a on posłusznie został. Gdy zamknęłam
drzwi zaczęłam wylewać morze łez, a Manu popiskiwał pod drzwiami za nami. Położył się jednak na legowisku, gdzie przygotowałam mu przesiąkniętą moim zapachem koszulkę, a następnie dostał wcześniej przygotowanego konga i uspokoił się.
Następnego dnia był już grzeczny, radosny i spokojny. Bawił się i cieszył życiem.
Takie lizańce potrafią zdziałać cuda!
Czy tęsknił? Czy myślał? Nie
wiem. Ale na pewno witał nas jak nasz największy wariat ever! Skakał, szalał,
całował! Przyniósł zabawkę, a gdy spakowałam go znów cieszył się, że jedziemy.
W domu pobawiliśmy się, poszaleliśmy, pomizialiśmy i Manu padł spać!
My z
wakacji wróciliśmy wypoczęci, a ja przekonałam się, że mój mały, nadmiernie
przywiązany psiak, jest tak naprawdę dzielnym i dojrzałym psem, który bez „mamy” potrafi
żyć.
I dobrze.
Tęskniłam za tymi tulaskami.
PS. Zostało jeszcze jedno pytanie: Dlaczego piszę o wyjeździe dopiero po, a nie przed? Ujmę to tak. Nie przyklejam kartki na drzwi, że mnie nie ma i mieszkanie jest puste przez tydzień, nie ogłaszam tego również w Internecie :)
W podróży towarzyszył mi za to pieseczek od Łapeczkowo <3