niedziela, 22 października 2017

Fotoobraz Saal Digital

Kilka tygodni temu zaproponowano mi test fotoobrazu Saal Digital. Bardzo się ucieszyłam, gdyż produkty Saal Digital znam już od dłuższego czasu i wszyscy, którzy mieli z nimi styczność od razu zwracają uwagę na jakość. Dziś recenzja naszego fotoobrazu.

Zdjęcie

Najtrudniejszą częścią w projektowaniu fotoobrazu jest wybór zdjęcia. Jeśli ma się tak fotogenicznego psa i robi mu milion zdjęć wybranie tylko jednego graniczy niemal z cudem. Jest jednak fotografia, którą pokochałam od momentu, gdy zobaczyłam ją na małym ekraniku aparatu. Starałam się przeglądać i dyskutować z Manusiowym Panem o innych, ale cały czas wracałam do tej fotki. Ma ona bardzo wyraziste kolory, dlatego tym bardziej byłam ciekawa jak zostanie to odwzorowane na płótnie.


Projektowanie

Na stronie Saal Digital należy pobrać program do projektowania produktu. W programie wybieramy co chcemy zamówić. Do wyboru są fotozeszyty, fotoksiążki, obrazy, plakaty, kalendarze i inne. Przejrzałam wszystkie dostępne produkty i muszę przyznać, że Saal Digital wyróżnia się spośród innych firm z fotousługami. Fotoksiążki zawsze kojarzyły mi się z kiczowatymi albumikami znajomych z wakacji. Tu jednak na pewno nie znajdziemy kiczu. Papier wysokiej jakości, opcja matowego papieru, grubych stron, różnorodne okładki. Wszystko wygląda profesjonalnie i elegancko.


Jeżeli chodzi o fotoobrazy mamy do wyboru kilka powierzchni oraz wiele rozmiarów. Ja wybrałam płótno 40x60 cm.


W dalszej części pojawia się prosty edytor. Na jednym obrazie można dodać kilka zdjęć, zmienić tło, przekręcać je. Ja jednak wybrałam opcję wypełnienia całego obrazu jednym zdjęciem. Klikamy „dodaj do koszyka” i po wszystkim.


Obraz wysyłany jest do nas z Niemiec, a to wiąże się z jednym minusem. Zapłacić można jedynie przy pomocy karty kredytowej. Dla większości ludzi to żaden problem. Ja musiałam prosić Manusiowego Pana o pomoc, bo sama takowej nie posiadam.

Koszt przesyłki jest identyczny jak krajowy, a paczka trafiła do mnie już po 3 dniach od zamówienia.

Wrażenia


Zabrzmi to nieskromnie, ale dopiero widząc moje zdjęcie w tak dużym formacie, autentycznie się nim zachwyciłam! Kolory są bardzo dobrze odwzorowane, ostrość idealna, jakość pierwsza klasa. Nawet z bardzo bliskiej odległości nie widać pikseli. Jest to oczywiście zasługa zarówno dobrej jakości fotografii, jak i jakości oferowanej przez Saal Digital.


Obraz zawisł na wejściu do naszego mieszkania, tak by był pierwszą rzeczą, którą widzą wchodzący do nas goście. Jest naprawdę piękny!

Jestem bardzo zadowolona z zamówionego produktu i szczerze polecam go wszystkim. Warto pamiętać, że im większy format zamawianego zdjęcia, tym ważniejsza jest jego jakość wyjściowa.  Jeśli macie ukochane zdjęcie, które chcialibyście oglądać na swojej ścianie to z czystym sumieniem rekomenduję zamówienie fotoobrazu Saal Digital.




A ja już łamię sobie głowę, które zdjęcia wybrać do fotoksiążki, którą zapragnęłam mieć :).

niedziela, 15 października 2017

Nasz debiut

Zgodnie z zapowiedzią 14.10.2017 r. wystąpiliśmy podczas imprezy schroniska TOZ „Fauna” w Rudzie Śląskiej „Psi spacer – Ludzie i psiaki pokonują rudzkie szlaki”. Główną atrakcją wydarzenia był spacer z psem przez kochłowickie lasy. W rudzkim dogtrekkingu wzięło udział ponad 50 uczestników. Trasa miała około 12 km i trzeba było zarówno zaliczyć punkty kontrolne, jak i wykonać różnorodne zadania, aby otrzymać dodatkowe punkty. Bieg rozpoczął się o 14.


My na miejscu pojawiliśmy się około 15:45. Tym razem nie braliśmy udziały w biegu.  Po pierwsze czekało nas odpowiedzialne zadania, a po drugie po mojej kontuzji w wakacje nie doszłam jeszcze do pełnej formy. Nie zasililiśmy zatem ekipy biegaczy, ale przywieźliśmy dodatkową atrakcję niespodziankę – Ewkę z Łapeczkowo. Ewa postanowiła wesprzeć nas moralnie w naszym debiucie, no i jak to Ewka nie mogła przyjechać z pustymi rękami. Ale o tym za chwilę.

Super zabawa!

Obeszliśmy zatem dwa stawy dla rozgrzewki, Manu przywitał się z milionem psów i szalał z każdym kto tylko chciał szaleć. Obawiałam się jak uda mi się poskromić tę energię i chęć zaczepiania kolegów. Na szczęście zgodnie z przewidywaniami, gdy tylko wyciągnęłam torebkę ze smaczkami cały świat w około zniknął! Byłam tylko ja i małe granulki w saszetce. Wzięłam specjalnie Orijen 6 fish by „woniało” intensywnie.

Nowy kolega :)

Gdy skończyliśmy nasz krótki spacerek przeznaczony głównie na klachy (pogaduchy), ognisko paliło się już w najlepsze, a kiełbaski piekły, tak przepysznie, tradycyjnie. Coraz więcej psiaków docierało do mety i coraz więcej osób ulegało pokusie pieczonych w ogniu pyszności. Atmosfera była cudna, bardzo rodzinna. Nadeszła więc chwila na nasz pokaz.

Ciekawe co to będzie?

Pani Beata Drzymała – kierownik schroniska, zapowiedziała Manu jako Internetową gwiazdę :D. Głównym celem naszego występu było pokazanie, że pies schroniskowy w niczym nie jest gorszy od cudnych rasowców. Z kundelkiem też można pracować, też go uczyć i przede wszystkim wspaniale spędzać czas razem. Wybierając Manu w schronisku bardzo chciałam by był psem skupionym na człowieku. Nic więcej jednak o nim nie wiedziałam. Nie wiedziałam co przeszedł, gdzie mieszkał, jaką miał socjalizację, kim byli jego rodzice. Nie wiedziałam jaką mieszanką ras jest i co tak naprawdę z niego wyrośnie. Okazało się, że wystarczyła odrobina pracy, kawalątek troski i całe serce miłości, a udało się nam osiągnąć całkiem sporo. Kawałek tego postanowiłam pokazać, jednocześnie przekonując, że warto pracować z każdym psem.

W spacerze uczestniczyli też podopieczni schroniska.

Manu jest moim pierwszym psem w dorosły życiu, a zatem pierwszym, którego czegokolwiek uczyłam. Był to więc nasz absolutny debiut. Mnie jako trenera i Manu jako psa sztuczkowego. Wyglądało to tak:


Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii i mam nadzieję, że podzielicie się nimi w komentarzach tu lub na fanpage’u.

Wypatrujemy Waszych opinii.

A co ja myślę o naszym pokazie? Jestem bardzo dumna z Manu. Nigdy wcześniej nie pracował w takim rozproszeniu. Chodziliśmy wprawdzie do parku poćwiczyć. Nigdy jednak nie było wokół nas tyle psów, ludzi, nowych zapachów, dźwięków, pieczonej kiełbasy i oczu wpatrzonych w nas. Skupiał się bardzo ładnie, dobrze wykonywał swoje zadanie. Ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolona. Uważam nasz debiut za udany. Jeden Pan zapytał nawet, czy szkolę psy zawodowo, więc chyba było dobrze :).

Zdjęcie pt. "Dumna mama"

Po naszym występie było przyznanie nagród dla uczestników dogtrekkingu. Oprócz trzech głównych miejsc, przyznawano nagrody, za wykonane zadania i zaliczone punkty kontrolne. Wszystkim serdecznie gratulujemy (nagrodzonych możecie zobaczyć na naszym fb w folderze Psi Spacer).

Gratulujemy!

Przyznano też nagrodę specjalną dla najstarszego uczestnika biegu. Nagrodą był zestaw Imprints of Love od Łapeczkowo, czyli zestaw do wykonania pamiątkowego odcisku łapki :). Nasz senior zachowywał się jak niezmordowany szczeniorek, a jego Pani ucieszyła się z tajemniczego pudełka.


11 lat ma ten Pan.

Ewka, niesamowicie skromna babka, cichutko tłumaczyła w czym rzecz. Przejęłam więc mikrofon i pochwaliłam się za nią, jak cudowną rzecz wymyśliła i jak wspaniale ją realizuje! Do tego jest też przekochaną Manusiową ciocią, która mocno trzymała za nas kciuki, wytrzymywała żywiołowość Manu na smyczy, gdy ja robiłam zdjęcia i dała nam duuuuuuużo pozytywnej energii :). Dostaliśmy też piękny prezent – pin „psyjaźń”.



I teraz jak na Oscarach: Dziękuję Ewce, że towarzyszyła nam w tym wyjątkowym dniu. Dziękuję pracownikom „Fauny” za zaproszenie. Dziękuję moim kochanym Cioteczkom Ani, Agnieszce i Monice za powtarzanie, że jesteśmy super. Dziękuję Manusiowemu Panu za wsparcie i pomoc. No i dziękuję Emmanuelowi za to, że jest idealny <3.

poniedziałek, 9 października 2017

Newsy!

Ostatnio wiele ekscytujących rzeczy mnie spotyka. Chcę dzisiaj się z Wami podzielić właśnie tymi nowościami z naszego Manusiowego świata.

Pierwszą i najważniejszą rzeczą jest impreza schroniska TOZ „Fauna” w Rudzie Śląskiej. Impreza pierwotnie miała odbyć się 23 września, jednak ze względu na złe warunki atmosferyczne przeniesiono ją na 14 października. Odbędzie się charytatywny bieg z psem z zadaniami do wykonania, będzie ognisko i… pokaz sztuczek! Tak, tak, pokaz sztuczek pieska Manu.


Dziewczyny ze schroniska zaproponowały nam byśmy pokazali, że z psem schroniskowym też można pracować, bawić się tą pracą, osiągać efekty i mieć ogromną satysfakcję z tego. Nigdy wcześniej nie robiliśmy takiego oficjalnego pokazu naszych umiejętności, tym bardziej jestem ciekawa czy Manu da radę się skoncentrować w obecności wielu psów i ludzi. Zobaczymy czy będziemy mogli się chwalić dozgonnie tym, że było idealnie, czy śmiać z naszej wtopy.


Impreza ma bardzo szczytny cel, dlatego nie zastanawiałam się dwa razy i od pewnego czasu (niestety z ponad dwutygodniową przerwą na chorobę) ćwiczymy nasz układ w różnych miejscach i rozproszeniach. Serdecznie zapraszamy do uczestnictwa w imprezie. Ruda Śląska – Kochłowice – Rybaczówka 14.10.2017 r. Szczegóły na stronie schroniska.



Kolejną ekscytują rzeczą w naszym psiejskim życiu, a raczej w pańciowym życiu jest kolaboracja z Łapeczkowo. Z połączenia naszych mocy – pomysłowości Ewki i sprawności moich rąk powstały one: filcowe kotofriend i psijaciel.



Wypatrujcie efektów naszej współpracy na stronie Łapeczkowo w okolicy listopada. Zachęcam też do zajrzenia już teraz, gdyż Ewka wprowadziła nowe odlotowe zestawy Imprints of Love. Choć Manusiowy odcisk łapki leży już jakiś czas na półce, zakochałam się w nowych ramkach i nie wykluczone, że powtórnie skuszę się na zakup J. Nasza recenzja Łapczkowo tutaj.

wersja duża

wersja mała :)

No i crème de la crème, wisienka na torcie, gwóźdź programu, czyli za mną pierwszy zjazd kursu dyplomowego COAPE nadającego kwalifikacje behawiorysty zwierząt. Tak moi drodzy, postanowiłam skończyć z dumaniem i wcielić moje marzenia w czyn.

Zajęcia odbywają się tym razem pod Warszawą. Pojechałam z lekką dozą niepewności, jak to będzie, lecz już po pierwszym wykładzie stwierdziłam, że w końcu jestem w odpowiednim miejscu.


Wykłady pierwszego modułu dotyczyły głownie procesu udomowienia psów, wzorców zachowań charakterystycznych dla tego gatunku oraz psychologii rozwojowej psów. Utrwaliłam moją dotychczasową wiedzę dotyczącą mechanizmów uczenia się i warunkowania, a także poszerzyłam o nowe dla mnie teorie i terminy i nie mogę się doczekać ciągu dalszego.


Wykładowcy, oprócz bycia kompetentnym, okazali się być też bardzo życzliwymi i sympatycznymi ludźmi, nastawionymi mocno na nauczenie nas swojego fachu. Każdy moduł kończy się pracami zaliczeniowymi, które skonstruowane są tak, by wykorzystywać zdobytą wiedzę w praktyce. Szczerze to naprawdę przyjemne uczucie znaleźć się wśród ludzi tak samo zakręconych na punkcie zwierząt, jak ja.

Pierwszy zjazd dał mi mega pozytywnego kopa do działania. Z Warszawy leciałam 30 cm ponad autostradą, myśląc o zdobytej wiedzy, wspominając nowopoznanych ludzi, a przede wszystkim planując swoją przyszłą pracę. W mojej głowie pojawiło się tysiące pomysłów, a w sercu nowa moc i energia! Na mojego Manula też spojrzałam świeżym okiem. Wpadłam na to, jak pracować nad naszymi drobnymi trudnościami i doceniłam to jak cudownym psem jest, ile błędów mi wybaczył i jak rewelacyjne efekty udało się nam osiągnąć.


Trzymajcie za nas kciuki, wspierajcie i zaglądajcie do nas, jak najczęściej, gdyż dzieje się, dzieje, a wszystko to jest jeszcze lepsze, gdy można się dzielić swoją radością z innymi.

niedziela, 1 października 2017

Najbardziej empatyczny pies świata

Psy wyróżniają się na tle innych zwierząt udomowionych wyjątkową empatią i skupieniem na człowieku. Badania wykazują, że lepiej potrafią czytać nasze emocje od szympansów, z którymi jesteśmy najbliżej spokrewnieni. Psy są tak wyspecjalizowane w kontaktach z ludźmi, że zauważają i potrafią interpretować tak drobne sygnały, jak ruchy gałek ocznych. Oczywiście jak zawsze w statystyce, będą również przedstawiciele reprezentujący totalny brak empatii i ekstremalną empatię.  Znałam psy, które nigdy nie były nauczone pracy z człowiekiem, takie które przez doznaną krzywdę nie chciały mieć z nim nic wspólnego i takie, które same z siebie nie były nim zainteresowane, często zwane „psy-koty”. Są oczywiście też psy mocno na człowieku skupione i jeden tak empatyczny, że zasługuje na miano „najbardziej empatycznego pies świata”. Oczywiście mowa o moim Manu.


Manu nie jest idealnym wzorem skupienia na pracy. Oczywiście potrafi się koncentrować w domu idealnie, a na dworze dobrze, ale gdy pojawia się jakiś ciekawy kolega, to pędzi go przywitać, chwilę się pobawić i dopiero wtedy może pracować dalej. To co jednak jest jego wyjątkowym darem to odczytywanie ludzkich emocji, a w moich stanach jest po prostu ekspertem.


Nie było jednej łzy, której Manu by nie zlizał. Zawsze, gdy wydarza się coś co doprowadza mnie do łez, piesek jest przy mnie i nie odstępuje mnie na krok. Manu pocieszał nie tylko mnie, ale też i mojego małego bratanka. Gdy tylko Bobby zaczynał cichutko kwilić pierwszą osobą przy wózku był Manu gotowy lizać jego rączki i stópki. Płacz jest jednak skrajnym zjawiskiem. 


Manu rozpoznaje bezbłędnie również gniew. Gdy się złoszczę np. na Manusiowego Pana pies od razu przybiega całować i przynosi zabawki i skacze głupkowato na mnie tak, że trudno zachować powagę. Jest typowym zazdrośnikiem, który wpycha się między nas by to jego tulaskować. Reaguje też wyjątkowo na mój entuzjazm. Jakiś czas temu opisywałam jego lęk przed latającymi owadami w domu i to jak sobie z tym poradziliśmy. Kluczem do naszego sukcesu, była właśnie moja radość i śpiewy, które dla psa były silniejszym sygnałem niż jego strach.


A co z pobratymcami? Manu jest mistrzem sygnałów uspokajających, choć nie jest mistrzem nawiązywania znajomości. Mój futrzak jest tak podekscytowany każdym kolegą, że biegnie nie zależenie od wielkości psa. Spotyka to się czasem z nerwową reakcją, a wtedy Emmanuel używa całego wachlarza ukłonów, cmokasków, ziewania, obracania się itd. tak by zjednać sobie serce każdego psa.


No ok. Teraz kilku z Was powie „Łeeee mój pies też to potrafi”. Wchodzimy zatem na level hard.

ManMan jest mega empatyczny w sytuacji choroby. Po raz kolejny jak go mam dopadło mnie choróbsko, które i tym razem położyło mnie na kilka dni. I po raz kolejny mój pies nie odstępował mnie na krok. Manu nie może spać w łóżku, ale może wskakiwać na kanapę. Gdy jestem chora przenoszę się na rozkładaną kanapę do salonu, by nie budzić smarkaniem i kasłaniem mojej drugiej połówki i by mieć dostęp do TV w czasie rekonwalescencji. Manuś nie odstępuje mnie wtedy ani na moment 


I to dosłownie. Leży cały czas koło mnie, nie marudzi, nie zaprasza do zabawy, nie idzie sprawdzić co Pan porabia. 24 h na dobę leży ze mną. Patrzy na mnie, od czasu do czasu poliże ręce czy stopy, wącha moją twarz i znów się kładzie. Czasem śpi, czasem po prostu leży, przytula się. Gdy Pan zabiera go na spacer Manuś załatwia wszystkie swoje potrzeby na najbliższym trawniku i ciągnie do domu, a po przyjściu kładzie się z powrotem. Gdy byłam chora na grypę leżał ze mną bite 5 dni. 6 dnia zaczął zaglądać na Pana i wtedy wiedzieliśmy, że zaczynam zdrowieć.


Niestety tym razem dopadł mnie jakiś wirus zmutowany, którym Manu się zaraził i boroczek dostał zapalenia gardła. Wirusy są bardzo wrażliwe na temperaturę, dlatego zwalczamy je gorączką. Nie przechodzą zatem na psy, których stała temperatura ciała to nasza gorączka (38,5). Ten jednak madafaka przeszedł. Manuś chorując jest tak samo radosny, jak będąc zdrowym, tak samo się bawi, tak samo cieszy, ma taki sam apetyt. Zaczął jednak furczeć noskiem i weterynarz potwierdził zapalone gardziołko (BTW jestem mega spokojna u weta i Manu dzielnie znosi nawet zastrzyki, Pan ma bardziej miękkie serduszko i Manuś od razu to wyczuwa uciekając dupką przed igłą). Pełna wyrzutów sumienia przeniosłam się do sypialni by pies nie leżał już ze mną, a poprzytulał się na kanapie z Panem. Zapomnijcie! Wprawdzie do łóżka nie wchodzi, ale leży obok łóżka non stop jeśli ja w nim jestem. Kładzie od czasu do czasu łebek na materacu, by sprawdził czy wszystko ok. Popiskuje lekko, bo nie może się do mnie dostać i kładzie się znowu.


A teraz level ekspert! Uroczą moją cechą wrodzoną jest nadmierna ruchomość stawów, która powoduje, że często sobie coś skręcam, wybijam, podkręcam i tłukę. Dodatkowo od czasu do czasu nawala mi kręgosłup, a raczej mięśnie wzdłuż mojego wiotkiego kręgosłupa, porażone przy jakimś dziwnym ruchu. Powoduje to ograniczenia w poruszaniu się. I tu Manu pokazuje swoje absolutne mistrzostwo i geniusz.

Tak wygląda geniusz.

Pies, który normalnie ciągnie na smyczy przestaje ciągnąć. Pies, który normalnie biegnie się przywitać do kolegów, olewa inne psy. Pies, który normalnie robi rozbieg przed zrobieniem kupy, kuca w miejscu. Nie muszę się nigdy bać idąc pozginana w bólu, że Manu mnie pociągnie, skoczy na mnie lub zrobi jakiś dziwny, szczeniacki manewr.

W lipcu tego roku odwiedziliśmy Cieszyn. Jak to zwykle ja – wybiłam/złamałam palec u lewej nogi. Noga spuchła, bolała, trudno było chodzić. Ale, jak to zwykle ja „Taki palec nie bydzie mi za jedno godać! Idemy na szpacyr”. No i poszliśmy. Manu w Cieszynie dostaje małpiego rozumu, gdyż chce obwąchać każdą kostkę brukową, każde drzwi sklepu, każdego przechodnia. Na smyczy prowadził go Pan i trudno było psi entuzjazm opanować. Wpadłam więc na pewien pomysł.

- Daj mi go.
- Ale przecież ledwo chodzisz, a on głupieje!
- Zaufaj mi.

Wzięłam smycz, a pies jakby ktoś mu wcisnął pauzę! Szedł przy nodze i z rzadka oddalał się by obwąchać coś na odległość nie większą niż połowa smyczy. I to się nazywa najbardziej empatyczny pies świata!



niedziela, 10 września 2017

Wakacje! Znów będą wakacje!

Skończyły się wakacje. Powoli ku końcowi zmierza też lato. Choć na Śląsku nadal świeci jeszcze słońce, grzeje już jesiennie. Lato dla większości jest najprzyjemniejszą porą roku. Dzieciom kojarzy się z labą, a dorośli właśnie w tym czasie zazwyczaj biorą urlopy i jeśli nie remontują to oddają się błogiemu wypoczynkowi. Zwykły weekend staje się 100 razy fajniejszy, gdy można rozpalić grilla. Podróżujemy, imprezujemy, zapominamy o problemach i obowiązkach dnia codziennego. Czytamy „lekkie” książki, a w kinach lecą wakacyjne filmy. Sielanka.


Niestety lato jest też okresem, w którym wzrasta liczba porzuconych zwierząt. Nie masz komu zostawić psa na czas wakacji – wywal go po drodze z auta. Chcesz pospać dłużej niż zwykle - pozbądź się psa, który musi wyjść na spacer o jakiejś nieludzkiej porze. Masz ochotę na coś nowego, ekscytującego – przywiąż starego przyjaciela do drzewa w środku lasu…

Babcia znaleziona na ulicy. Czeka na dom w schronisku w Rudzie Śląskiej.

Powstaje wiele kampanii, zwracających uwagę na bestialstwo takiego zachowania. Kampanie te zazwyczaj starają się mocno wpłynąć na nasze emocje. Porównują psa do dziecka, pokazują jak przywiązane są do nas psy, przedstawiają lęk i zagubienie czworonoga po porzuceniu. Czy te kampanie działają?

Uwaga! Wzruszające!

Wydaje mi się niestety, że działają tylko na osoby takie, które już są empatyczne wobec psów. Niedawno na fanpage’u napisałam, jak Manu zlizywał moje łzy, których nie mogłam powstrzymać oglądając powyższy spot. To co najbardziej mnie wtedy ruszyło to nie tyle los pieska z ekranu, ale to, że mój ukochany Piesek Manu też kiedyś został porzucony. Małe psie dziecko, błąkające się po ulicach, w za ciasnej obróżce. Gdyby nie schronisko nie wiadomo jak by się to skończyło. Manu jest psem bardzo skupionym na człowieku. Nie mógł się po prostu zgubić (nikt zresztą go nie szukał). Nie potrafię sobie nawet wyobrazić co czuł i jakim człowiekiem musi być ktoś, kto go wyrzucił.


Jeśli więc nie kampanie to co?

Pomysłów jest kilka. Niektórzy chcą zabrać się za ten problem systemowo, poprzez zaostrzenie kar i zwiększenia wykrywalności sprawców. Wprowadzić obowiązek czipowania i rejestrowania psów. Wtedy, gdy pies zostanie porzucony będziemy mogli sprawdzić, kto to zrobił. Jestem zwolennikiem zaostrzenia kar za okrucieństwo wobec zwierząt, a co najważniejsze, za wykorzystywaniem możliwości ukarania przez sądy, które często są bardzo pobłażliwe w tym zakresie. Wydaje mi się jednak, że to rozwiązanie ma kilka minusów i nie może być jedynym. Po pierwsze lęk przed karą  nie uwrażliwia ludzi na potrzeby zwierząt, nikt nie pokocha Fafika, bo może trafić do paki. Po drugie wiele czynów jest karanych nawet surowiej, a ludzie i tak je popełniają, wymyślając, mniej lub bardziej skuteczne sposoby na uniknięcie kary. Moja „Kingowska” wyobraźnia podpowiada mi obrazy psów z ranami na łopatkach po wyrwanych czipach. Należy tu też domniemywać, że obowiązek czipowania w naszym kraju pewnie byłby tak samo przestrzegany, jak obowiązek sprzątania po psie i płacenia za niego podatków.


Jakie jest zatem moje rozwiązanie. Bardzo długofalowe. Uważam, że należy zmienić postrzeganie psa w naszym społeczeństwie. Powoli te zmiany się dzieją. Coraz więcej ludzi spędza czas ze swoim psem, powstaje wiele imprez dla miłośników psów i psich sportów. Budowane są wybiegi dla psów. Niestety w większości domów nadal pokutuje wieloletnia „tradycja” trzymania psa jako mebla.

Nieśmiały Kovu, "Fauna" Ruda Śląska

Najważniejsza jest więc edukacja. Schronisko TOZ „Fauna” w Rudzie Śląskiej od lat prowadzi zajęcia edukacji humanitarnej w przedszkolach i szkołach. Podczas zajęć w obecności jednego z psiaków schroniskowych pracownicy schroniska opowiadają o tym, jak należy opiekować się naszymi pupilami. Zapraszają także dzieci do zwiedzania schroniska z nauczycielami. Uczniowie mogą zobaczyć, jak wygląda życie zza krat. Zdarzają się przypadki, gdy któreś dziecko mówi „A mój tata miał dość Burka i go oddaliśmy tutaj. Jest tu jeszcze Burek?”. Smutne jest to, gdy dziecko mówiąc o porzuceniu, czy oddaniu psa nie odczuwa w związku z tym żadnych emocji. Uważam jednak, że należy edukować od najmłodszych lat. Uczyć dzieci szacunku do zwierząt, środowiska naturalnego i tym samym siebie nawzajem. Szkoła jednak nie zrobi tego sama bez wsparcia rodziców. Co zatem z dorosłymi?


Często, gdy próbujemy dowiedzieć się, czy ktoś rzeczywiście przemyślał decyzję o posiadaniu psa, mówimy mu „Pies to obowiązek”. Rodzice powtarzają to swoim dzieciom, które błagają o Azorka „Pies to obowiązek”. I to prawda, że posiadanie psa wiąże się z obowiązkami. Sam pies natomiast obowiązkiem nie jest. Nikt nie ma obowiązku jego posiadania. Może wydać się to Wam śmieszne, ale sposób w jaki mówimy, ma ogromny wpływ na to jak myślimy, w końcu nasze myśli zazwyczaj formułujemy w identyczny sposób jak wypowiedzi. Ktoś kto całe życie myśli i mówi o sobie „jestem beznadziejny” ma małe szanse na zdobycie sukcesu, ten znowu, który codziennie wstaje myśląc „dam radę!” rzeczywiście daje radę.

Zmiany w naszym języku powodują często bardzo pozytywne zmiany w naszej mentalności. Przykładem mogą być tu ruchy feministyczne walczące o prawa kobiet w ubiegłym wieku. Normalnym wtedy było stwierdzenie „One man, one vote” (tłum. „Jeden człowiek/mężczyzna, jeden głos”). Choć wydaje się być to niewinna zbieżność angielskiego słowa „man” oznaczającego zarówno człowieka, jak i mężczyznę, jednak gdy zaczęto zwracać na to uwagę, gdy kobiety oburzyły się na taki stan rzeczy, okazało się, że mogą uzyskać prawa wyborcze (w Stanach Zjednoczonych w latach 20tych XX wieku, a w Szwajcarii dopiero w latach 70tych!). Nikt teraz nie stosuje już sloganu „one man, one vote” (hasło to było również kontrowersyjne, gdyż w domyśle nie uwzględniało czarnoskórych obywateli USA). Używanie odpowiednich słów na prawdę ma moc!

"Jedna osoba, jeden głos."

Wracając zatem do „psa – obowiązku”. „Obowiązek” kojarzy nam się z czymś nieprzyjemnym, uciążliwym. Obowiązki wypełniamy z poczucia przymusu. Chętnie byśmy się tych naszych obowiązków pozbyli choćby na chwilę, choćby na wakacje, czas urlopu. Nic więc dziwnego, że „pies-obowiązek” wywołuje u dzieci reakcję „wrrrr! A muszę ja z nim iść? Nie może Jasiek?!”. I tak wiele „psów-obowiązków” w rodzinach obowiązkowych staje się przykrą powinnością, a w rodzinach bumelantów trafia na ulicę.


Pies, moi Drodzy, nie jest obowiązkiem. Pies jest przywilejem! Pamiętajmy o tym i mówmy o naszych przyjaciołach w ten sposób. Nie każdy musi mieć psa, a co więcej nie każdy POWINIEN mieć psa. Ogromna ilość ludzi nie nadaje się na psiego opiekuna! Pies jest przywilejem! Czymś dla wybranych, czymś pożądanym, upragnionym, czymś co można komuś odebrać, jeśli nie dba o niego. Nikt nie chce się pozbywać swoich przywilejów. Staramy się o przywileje, pielęgnujemy je.


Nie każdy powinien mieć psa, ale pójdę nawet o krok dalej – nie każdy na psa zasługuje. Pies obdarza człowieka najwyższym zaufaniem i bezwarunkową miłością, czy człowiek jest dla niego dobry czy nie, czy jest bogaty czy biedny, mądry czy głupi, stary czy młody. Pies jest chodzącym szczęściem, radością. Serduszkiem z ogonem, gotowym do najwyższych poświęceń, byle być z nami. Prawdziwym przyjacielem. 


Manu po przekroczeniu progu naszego mieszkania od razu zaakceptował nas jako swoją rodzinę/stado. Nie musieliśmy zaskarbiać sobie jego miłości, nie musieliśmy udowadniać mu, że jesteśmy fajni. Wzięliśmy go pod swój dach, więc z automatu uznał nas za najfajniejszych ludzi na świecie. To uczucie, gdy widzę jak spokojnie śpi koło mnie, ufając mi i kochając mnie całym sobą, jest tak niewyobrażalnie niesamowite, że nie mogę myśleć o moim Manu inaczej, jak o największym przywileju jaki mnie spotkał. To, że mogę być jego panią, jest przywilejem jak jasny gwint!


Spójrzcie dziś na swoje psiaki i powiedzcie mi, czy jest inaczej?


Nie bądźmy nigdy obojętni. Jeśli Wasz sąsiad, kuzyn, kolega z pracy miał psa i nagle go nie ma, spytajmy co się z nim stało. Może ta osoba straciła przyjaciela i potrzebuje Waszego wsparcia, a może jakiś piesek potrzebuje teraz pomocy,  błąkając się po lesie. Zwracajmy ludziom uwagę, gdy widzimy, że źle traktują swoje zwierzęta. Edukujmy innych, że pies jest przywilejem i że nie każdy na niego zasługuje. Uczmy nasze dzieci i dzieci znajomych, jak cudownymi zwierzętami są psy i że trzeba o nie dbać. Pamiętajmy o psiakach w schroniskach. Pomagajmy! A może kolejne wakacje dla psów będą weselsze.

Gustlik kilka dni temu znalazł dom!

sobota, 26 sierpnia 2017

Tydzień bez Pieska Manu

Dzisiejszy post będzie mówił o tym, że choć wakacje z psem są super, to czasem ok jest nie zabrać ze sobą psa. Wyjechałam na tydzień bez Pieska Manu. Wróciliśmy w środę.

Bardzo lubię podróżować i zwiedzać. Przez cały rok staram się wybierać miejsca psijazne (dzięki nawypadzpsem i dogintravel za inspirację) i zabierać ze sobą mojego psa. Niektóre wycieczki robimy z myślą o Manu, jak wypad nad jeziorko, by poznać Piri, czy regularne wizyty w pobliskich parkach i lasach. Manu lubi gdy się pakujemy, gdyż wie, że bagaże i auto zawsze wiążą się z nową, ciekawą przygodą. Mamy bardzo zwierzolubną rodzinę i znajomych, także nawet do nich jeździmy z psem. Dlaczego zatem zdecydowaliśmy w tę podróż nie brać Manu?

Funchal

Raz do roku mam ochotę wyrwać się z codziennego życia i przez tydzień czasu mieć widok na Atlantyk, zwiedzać, chodzić po górach, jeść pyszne banany, popijać kiepskim winem, patrzeć na rozgwieżdżone niebo leżąc na balkonie i słuchając szumu oceanu. Kocham wyspy. Kawał serca zostawiłam na Maderze. 


W tym roku postanowiliśmy więc wrócić na naszą ukochaną wyspę wiecznej wiosny. Ile bym dała by pokazać Manu ten cudny zakątek!

Ale emocje na bok. Czas na konkrety.

Większość lotów czarterowych obowiązuje zakaz przewozu zwierząt – najzwyczajniej w świecie biurom podróży się to nie opłaca. Podobnie sprawa się ma w niektórych tanich liniach lotniczych. Te droższe pozwalają na przewóz zwierząt, ale są duże obostrzenia. Pies ważący razem z transporterem mniej niż 8 kg może być zabrany na pokład i umieszczony pod siedzeniem pasażera. Pies powyżej 8 kg musi być przewożony w specjalnym, wzmacnianym transporterze w luku bagażowym. Nie muszę Wam chyba tłumaczyć, że ciemny i słabo wentylowany luk bagażowy to nie wymarzone miejsce dla psa, tym bardziej nieprzyzwyczajonego do transportera. Lot na Maderę trwa 5 godzin. Do tego trzeba doliczyć czas załadunku i rozładunku i wyobraźcie sobie teraz, że skazałabym mojego ukochanego 12 kilogramowego psa na 7 godzin strasznego stresu, by przez 7 dni znalazł się ze mną w zupełnie nowym, nieznanym sobie miejscu, po czym kolejne 7 godzin stresu w drodze powrotnej! (Zakładając, że lot nie ma opóźnienia).

Nie rozumiem dlaczego nie można dla psa wykupić normalnie miejsca w samolocie. Jasne, że w transporterze, ale normalnie w samolocie jako pasażera. Ech!


Madera jest przecudną wyspą, gdzie temperatura przez cały rok waha się między 20 a 30 stopni. Tyle w teorii. Jeśli spojrzymy na mapę, Madera jest na wysokości Maroka, a to oznacza afrykańskie słońce. Słońce, które w godzinach 11-17 jest super jeśli siedzisz w chłodnym cieniu i popijasz Ponchę. Gorzej jeśli masz futro, a dojście do wszystkich ciekawych miejsc prowadzi po mega rozgrzanych chodnikach i ulicach. Oczywiście i tam ludzie mają psy, ale wychodzą z nimi dopiero po 18-19 lub wcześnie rano, a psy turystów wyglądały niezmiennie na zmęczone i przegrzane. Nie pomaga im też fakt, że wszędzie jest pod górę i to stromą. Takie ukształtowanie terenu wykańcza nawet miejscowych. Gdybyśmy jechali na dłużej, dajmy na to miesiąc, jest czas na aklimatyzację. Gdybyśmy mogli jechać jesienią albo zimną… Gdyby, gdyby… Manu średnio znosi upały w Polsce, tym bardziej nie chciałabym, aby coś mu się stało z powodu ostrego słońca i to na drugim końcu świata. I choć cudnie wyglądają zdjęcia piesków na plażach Chorwackich czy Greckich, nie wiem czy zabieranie ich w tak upalne miejsca, a potem jeszcze siedzenie na gorącej plaży w tłumie ludzi nie jest zwyczajnie męczeniem czworonoga.

Dolina Zakonnic

Inna rzecz, że ja nie cierpię plażowania. Lubię zwiedzać, a to z psem niestety nie zawsze jest możliwe. Muzea nie wpuszczają psów, wypożyczonym samochodem nie wolno przewozić psa, na niektóre szlaki również bez psów, bo rezerwaty. A nie po to się jedzie na wczasy, by siedzieć w hotelu lub co gorsza zostawiać psa samego w pokoju hotelowym.

Madera nie jest zatem idealnym miejscem na podróż z psem.


Pojawia się więc pytanie dlaczego nie wybraliśmy innego kierunku?

Niektórych może to zdziwi: nie ma nic złego w wakacjach bez psa. Czasem można też pomyśleć o sobie i swoich przyjemnościach, marzeniach i potrzebach. Nie trzeba rezygnować z podróży i poznawania świata, bo ma się zwierzaka. Warunek jest jeden – należy psu zapewnić dobrych, troskliwych i odpowiedzialnych opiekunów na czas naszego wyjazdu.


Co zatem porabiał Manu, gdy ja „samolubnie" zwiedzałam świat. Ano pracował! Manu został na ten tydzień z moimi rodzicami, których uwielbia. Moja Mama pracuje w biurze. Jej szefowa Pani Gosia jest cudowną i bardzo zwierzolubną osobą (ma pięknego kota o imieniu Figa), podobnie, jak i wspólniczka szefowej Pani Asia (jej kot nazywa się Mozart). Pozwoliły Pani Mamie zabierać Manusia ze sobą do pracy.


Dzięki temu Manu ani na chwilę nie musiał zostawać sam w domu. „Praca” w biurze bardzo mu się podobała. Mógł się wylegiwać do woli, a gdy tylko potrzebował spaceru czy głasków to je dostawał. Nawet z nami nie ma takiego luksusu (ech… ta nasza praca :P). Wszyscy współpracownicy Pani Mamy z miejsca pokochali Manu. Urozmaicał im czas w biurze pokazami sztuczek. Był  bardzo grzeczny. Ostatniego dnia wszyscy robili sobie pamiątkowe zdjęcia i poprosili Manulka, by ich odwiedzał.
Głaski w biurze! Pozdrawiamy Pana Tomka.

Po południu zaś Manu spędzał czas też z Panem Tatą, który jest najfajniejszym Panem Tatą, bo daje smaczne owocki i bawi się w różne szaleństwa, a nawet pozwala na cmokaski! Wieczorem zasypiał w sypialni rodziców, tak jak zawsze zasypia w naszej sypialni. Spacerował znanymi sobie ścieżkami (jesteśmy częstymi gośćmi w moim domu rodzinnym). Hasał codziennie bez smyczy. Był czesany i miał szczotkowane ząbki według instrukcji. A co najważniejsze otoczony był miłością i troską.

Drzemka po pracy.

Poranne hasanie.

Czy było tak na 100% bajecznie? No, może na 99%. Psa niestety nie da się przygotować na nasz wyjazd. Nie wytłumaczy mu się i nie nastawi. Dla niego sytuacja zaczyna się w momencie, gdy zamykają się za nami drzwi i znikamy, może na 5 minut, może tydzień, a może na zawsze? Ta świadomość była dla mnie najgorsza. Bardzo martwiłam się, jak to będzie i jak mój szkrab da sobie radę. Okazało się jednak, że martwiłam się niepotrzebnie. 

Manu po naszym wyjściu lekko zestresowany.

Gdy zawieźliśmy go do rodziców i rozłożyłam jego „bambetle” Manu się strasznie cieszył. Gdy zaś założyliśmy buty i chcieliśmy wyjść, wyszedł za nami. Powiedziałam jednak „pies zostaje”, a on posłusznie został. Gdy zamknęłam drzwi zaczęłam wylewać morze łez, a Manu popiskiwał pod drzwiami za nami.  Położył się jednak na legowisku, gdzie przygotowałam mu przesiąkniętą moim zapachem koszulkę, a następnie dostał wcześniej przygotowanego konga i uspokoił się. Następnego dnia był już grzeczny, radosny i spokojny. Bawił się i cieszył życiem.

Takie lizańce potrafią zdziałać cuda!

Czy tęsknił? Czy myślał? Nie wiem. Ale na pewno witał nas jak nasz największy wariat ever! Skakał, szalał, całował! Przyniósł zabawkę, a gdy spakowałam go znów cieszył się, że jedziemy. 


W domu pobawiliśmy się, poszaleliśmy, pomizialiśmy i Manu padł spać! 
My z wakacji wróciliśmy wypoczęci, a ja przekonałam się, że mój mały, nadmiernie przywiązany psiak, jest tak naprawdę dzielnym i dojrzałym psem, który bez „mamy” potrafi żyć.


I dobrze.

Tęskniłam za tymi tulaskami.

PS. Zostało jeszcze jedno pytanie: Dlaczego piszę o wyjeździe dopiero po, a nie przed? Ujmę to tak. Nie przyklejam kartki na drzwi, że mnie nie ma i mieszkanie jest puste przez tydzień, nie ogłaszam tego również w Internecie :)

W podróży towarzyszył mi za to pieseczek od Łapeczkowo <3