wtorek, 8 września 2020

Czym zajmuje się behawiorysta i jak wygląda konsultacja


W Polsce nie ma jednoznacznych przepisów czy wymogów formalnych by zostać behawiorystą. Otwiera to furtkę dla niekompetentnych osób, które mimo, że nie mają doświadczenia, albo stosują przestarzałe czy nieetyczne metody, ogłaszają się behawiorystami. Podobnie jest jeśli chodzi o zawód trenera, szkoleniowca psów. Opowiem Wam dziś na co zatem warto zwrócić uwagę wybierając specjalistę dla swojego zwierzaka i jak powinna wyglądać konsultacja.



„Czy każdy behawiorysta jest trenerem i odwrotnie, czy mogę do trenera iść z problemem behawioralnym?”

Behawiorysta i trener to dwa różne choć powiązane ze sobą zawody. Każdy trener powinien mieć przynajmniej ogólną wiedzę dotyczącą behawioru, a każdy behawiorysta powinien mieć opanowane podstawy szkolenia psów. Nie każdy behawiorysta jednak nauczy nas czegoś więcej poza „siad” i „do mnie”, nie każdy zajmuje się szkoleniem czy układaniem planów treningowych. Podobnie również, nie każdy trener będzie nam umiał pomóc w zaburzeniach lękowych czy separacyjnych naszego zwierzaka. Trenerzy zazwyczaj prowadzą szkółki i spotkania w określonym przez nich miejscu. Prowadzą szkolenia indywidualne i grupowe ukierunkowane na wychowanie, posłuszeństwo lub dany sport kynologiczny. Behawioryści spotykają się z klientem indywidualnie, zazwyczaj w domu klienta lub na dworze w znanym psu otoczeniu (osiedle, ulubiony park). Behawiorysta zajmuje się rozwiązywaniem problemów behawioralnych i ustala indywidualny plan terapeutyczny.


Jerry jeden z moich klientów 😊

„Czy lepszy jest specjalista po kursie czy z praktyką?”

Uważam, że tak samo ważne jest doświadczenie w pracy ze zwierzętami, jak i to czy dany specjalista cały czas aktualizuje swoją wiedzę. Psychologia zwierząt to prężnie rozwijająca się i dość młoda dziedzina. Jeśli zatem ktoś ukończył kurs 30 lat temu i przez te 30 lat zdobywał jedynie praktykę, to warto się zastanowić czy jest to odpowiedni specjalista, czy będzie pracować metodami zgodnymi z aktualnym stanem wiedzy naukowej. Źródło czerpania wiedzy jest równie ważne. Nadal jest wiele publikacji czy kursów, które promują dawno obaloną naukowo teorię dominacji, co działa na niekorzyść psów.

Behawiorysta powinien mieć wiedzę nie tylko na temat treningu psów, ale też z zakresu neurofizjologii, neuroprzekaźnictwa, psychologii, technik uczenia się i innych procesów poznawczych, etologii, weterynarii, dietetyki, psiej komunikacji, czy kynologii. Ponieważ pracuje z całymi rodzinami powinien mieć też wysokie kompetencje społeczne i lubić ludzi.


Mój dyplom behawiorysty COAPE

Behawiorysta pracuje głównie z ludźmi. Jest to podobna praca do pracy psychologa dziecięcego - nie pomoże się dziecku bez zmiany w postępowaniu rodziców. Tu również nie jesteśmy w stanie wpłynąć jedynie na psa, bez zmiany w dotychczasowym postępowaniu, zachowaniu ludzi i bez nauczenia rodziny psa technik i metod pracy z nim. Na wieeeelu konsultacjach ze zwierzętami np. lękowymi czy agresywnymi, nie mam bezpośredniego kontaktu ze zwierzęciem, nie pogłaszczę go, albo nie pokażę sama ćwiczenia, bo lękowy pies nie podejmie ode mnie jedzenia i nie wykona moich poleceń. Behawiorysta musi zatem umieć przekazywać wiedzę. Jest edukatorem i psim adwokatem - na wielu konsultacjach opowiadam o psich potrzebach, prawidłowym żywieniu czy psiej komunikacji.

Zawsze staram się też włączyć dzieci w konsultację i z nimi również porozmawiać lub dać rodzicom odpowiednie narzędzia do uwrażliwiania dzieci na potrzeby ich zwierzaków.


Prowadzę też Szkolne Koło Wolontariatu przy Schronisku dla Zwierząt w Rudzie Śląskiej.

„Jak wybrać behawiorystę?”

Warto zrobić research nawet jeśli jest to osoba z polecenia. Zajrzyjmy na facebooka, instagrama tej osoby. Zobaczmy jakie dany specjalista ma ukończone kursy, kompetencje, jakie metody stosuje. Aktualnie w Polsce renesans przechodzą metody awersyjne takie jak kolczatka czy obroża elektryczna i choć szkoleniowo są one nieraz skuteczne to nie mają nic wspólnego z dobrostanem zwierzęcia. Są to metody oparte na karze, czyli zadawaniu psu bólu lub dyskomfortu. Często rujnują relację z psem, ale i robią spustoszenie w psychice zwierzaka. Psy wobec których stosuje się awersje często wykazują agresję, zaburzenia lękowe lub wyuczoną bezradność. O skuteczności metod awersyjnych mówią trenerzy, a nauka od dziesięcioleci mówi o ich szkodliwości. Nie znajdziecie rzetelnych badań dotyczących pozytywnych skutków awersji. Warto sobie zatem zadać pytanie czy chcę pracować takimi metodami z moim psem.


Ja i Manu jesteśmy na bieżąco z literaturą :)

Jak w każdym zawodzie, tak i wśród behawiorystów znajdziemy osoby kompetentne i totalnie beznadziejne, a czasem wręcz szkodliwe. Nie bójmy się zatem pytać zarówno przed, w trakcie, jak i po konsultacji. Jeśli coś nas niepokoi w zachowaniu lub metodach danego behawiorysty zapytajmy o nie. Jeśli jest w stanie odpowiedzieć nam, wyjaśnić, poprzeć dane metody nauką, super! Jeśli nie jest w stanie tego wyjaśnić zastanówmy się, czy faktycznie warto stosować wątpliwe moralnie, etycznie czy zdrowotnie metody. Behawiorysta nie jest natchnioną z nieba świętą krową, a w nauce nie ma dogmatów. Wszystko co nam proponuje powinno mieć swoje uzasadnienie.

Pamiętajcie, że stawiamy tu na szali dobro naszego pupila, a w przypadku zachowań agresywnych również bezpieczeństwo psa/kota i osób w jego otoczeniu.


Zdjęcie z prelekcji na Uniwersytecie III Wieku w Cieszynie

„Jak powinna wyglądać konsultacja behawiorysty?”

Po pierwsze powinna rozpocząć się od wywiadu. Dobry trener też przeprowadzi z nami rozmowę przed pierwszym treningiem i zapyta o zdrowie, umiejętności psa i ewentualne problemy behawioralne. Wywiad behawiorysty powinien być jednak bardziej szczegółowy i obejmuje nie tylko opis problemu, ale między innymi:

  • dotychczasowe sposoby radzenia sobie z problemem,

  • pochodzenie spa, socjalizację,

  • stan zdrowia,

  • dietę i sposoby podawania jedzenia,

  • zabawę (łącznie z demonstracją) i ulubione aktywności,

  • umiejętności psa,

  • zachowanie w trakcie izolacji,

  • relacje z ludźmi, psami i innymi zwierzętami,

  • gdzie i jak śpi pies,

  • schemat dnia,

  • pochodzenie psa, socjalizację,

  • wcześniejsze doświadczenia opiekunów,

  • itd.

Kolejna rzecz to obserwacja psa, obejrzenie nagranych filmów, przećwiczenie pewnych zachowań.

Dopiero wywiad + obserwacja = diagnoza!

Plan terapii opracowuje się na podstawie postawionej diagnozy, a nie samego zachowania problemowego.

Nie wyobrażam sobie wydania zaleceń mając tylko informację dotyczącą problemu. Każdy pies jest inny, ma inne predyspozycje, doświadczenia, emocje, poziom zrealizowania potrzeb. Każda rodzina jest inna, ma inne zasoby i możliwości.

Terapia powinna być skrojona na miarę, dostosowana do psa i jego rodziny, a nie do behawiorysty.


Spotkanie z młodzieżą Rudzkiego Liceum w ramach akcji Kocham Rudą Faunę

Moje konsultacje zazwyczaj trwają około 2 godzin, nigdy nie wychodzę tylko dlatego, że minął czas. U niektórych osób jestem i 3 godziny jeśli sytuacja tego wymaga. Oczywiście może to być krótszy lub dłuższy czas w zależności od behawiorysty. Ważne jest jedynie to by konsultacja zawierała wszystkie elementy spotkania.

Po konsultacji wysyłam raport ze szczegółowym opisem terapii. Podczas spotkania dużo się mówi, przerywa by zareagować na zachowanie psa, odpowiada na pytania czasem kilku osób, do tego dochodzi stres klienta przez co nie jest on w stanie zapamiętać wszystkich zaleceń. To zupełnie normalne. Dlatego raport pozwala na spokojne uporządkowanie przekazanych informacji.

Kocham psy i moją pracę

Podzielcie się swoimi doświadczeniami z behawiorystami. Jeśli współpracowaliście ze mną, to na facebookowym fanpageu jest zakładka, gdzie możecie Państwo napisać swoją opinię i ocenić moją pracę.

Jeśli szukasz behawiorysty w swoim regionie zachęcam do skorzystania ze strony www.behawioryscicoape.pl gdzie znajdziecie dane kontaktowe behawiorystów pogrupowane zgodnie z miejscem ich działalności. Jest to strona, na której znajdziecie behawiorystów po kursie dyplomowym COAPE, zrzeszonych w Stowarzyszeniu Trenerów i Behawiorystów COAPE. Daje Wam to gwarancję, że specjalista, który do Was przyjdzie będzie miał rzetelną wiedzę naukową oraz będzie stosował tylko etyczne metody pracy z psem/kotem.

wtorek, 18 sierpnia 2020

Żegnaj przyjacielu, czyli słów kilka o żałobie po śmierci psa

Gdy umiera nasz psi przyjaciel nasze serce pęka na milion kawałków. Nie potrafimy zebrać myśli, a oczy zalewają nam łzy. Jesteśmy przygnębieni, płaczliwi, musimy jednak iść do pracy, bo nie ma na taką okoliczność specjalnego urlopu. I nagle od współpracownika, klienta czy sąsiada słyszymy „przecież to był tylko pies”. Niektórzy z nas się oburzą, innym zrobi się głupio. Czasem sami mówimy „wiem, że to tylko pies, ale...”. Czy żałoba po stracie psa powinna być czymś wstydliwym? Czy jest niepotrzebną histerią czy prawidłowym odruchem serca?

Dzisiejszy post przez niektórych może zostać uznany za kontrowersyjny, jest to jednak temat, o którym moim zdaniem warto powiedzieć otwarcie.


Żałoba w potocznym rozumieniu to uczucia przeżywane po stracie bliskiej osoby. Niektórzy rozszerzają ją na inne elementy życia, również bezosobowe np. po utracie majątku, zdrowia, pracy czy cenionych wartości. Żałobą często określamy też to w jaki sposób pokazujemy, że znaleźliśmy się w tym trudnym okresie życia np. poprzez czarny strój, czy rezygnację z udziału w imprezach rozrywkowych. Niezmiernie ważne jest to, że żałoba jest procesem, a jej objawy zmieniają się w czasie. To nie jest tak, że jednego dnia jesteśmy w żałobie, a kolejnego nagle już nie. Psycholodzy wyodrębnili nawet 5 etapów żałoby i określili, że proces ten trwa z reguły około rok do dwóch lat. Po tym czasie nadal jest nam smutno, gdy pomyślimy o stracie i nadal tęsknimy, ale jesteśmy w stanie zaakceptować obecny stan rzeczy.

Zwierzęta domowe stanowią dla nas ogromne źródło wsparcia i wiele osób określa swoje zwierzęta jak najważniejsze kontakty społeczne - poparte zostało to wieloma badaniami, w których podkreślono szczególną wagę zwierząt dla dzieci i osób starszych. Gdy przebywamy razem zarówno u nas, jak i w ciele psa wzrasta ilość hormonów m.in. oksytocyny podobnie jak w ciałach przebywających ze sobą zakochanych. Mówimy o naszych psach czy kotach, że są członkami rodziny, niektórzy określają siebie słowami „psia mama”, „psi tata”. Psy towarzyszą nam wszędzie, zabieramy je na wycieczki, na wakacje. Dla wielu osób spędzanie z nimi czasu jest największą pasją, uprawiamy sporty kynologiczne. Czujemy, że dom bez psa jest jedynie mieszkaniem. Poprawiają nam nastrój i kochają nas całym swym jestestwem. Skąd więc to określenie „to tylko pies”?

Cofnijmy się do początku. Psy zostały udomowione jako pierwsze ze wszystkich zwierząt domowych, na długo przed którymkolwiek innym. Teorii o tym jak dokładnie się to stało jest kilka, przyjmuje się jednak, że miało to miejsce nawet ponad 30 tys. lat temu, nim człowiek zaczął prowadzić osiadły tryb życia i miało to związek z opłacalną dla obu stron współpracą. Psy szybko nauczyły się nawiązywać relację z człowiekiem, służąc mu początkowo jako pomoc w polowaniu, następnie stróż dobytku, aż do coraz bardziej wyspecjalizowanych i wymagających ściślejszej współpracy zadań. Wielu badaczy twierdzi, że udomowienie psa pozwoliło na znaczny skok cywilizacyjny i jest „wynalazkiem” porównywalnie ważnym jak odkrycie koła czy zapanowanie nad ogniem. Psy zaczęły się zmieniać nie tylko psychicznie, ale i fizycznie odbiegały od wilków.

Skąd jednak wiemy, że były dla człowieka ważne i stały się cenionym towarzyszem skoro nie było wtedy jeszcze blogasków i dogfluencerów? Wiemy to na podstawie badań archeologicznych, konkretnie na podstawie analizy ich pochówków. O tak! Cmentarze dla zwierząt (nie lubię wyrażenia grzebowiska) to nie nowość. W czasach prehistorycznych i starożytnych ludzie wyprawiali psom pogrzeby, chowali je często z należytymi honorami, a nawet człowiek i jego pies mieli wspólne groby! W wielu miejscach na świecie odnaleziono groby ludzko-psich przyjaciół, gdzie oba ciała były odpowiednio przygotowane i ozdobione.


Photo © The Israel Museum, Jerusalem

W niektórych ludach starożytnych psom wystawiano pomniki. Czczono pamięć bohaterskich psów. Były one uwieczniane na malowidłach. Wykorzystywane w medycynie i czymś co dziś nazwalibyśmy terapią psychologiczną.

Co się zatem zmieniło? Skupmy się na naszym kawałku świata. 2000 lat temu powstała nowa religia, która w kolejnych wiekach opanowała Europę - chrześcijaństwo. W doktrynie katolickiej (trudno mi mówić o wszystkich odmianach chrześcijaństwa, bo są ich setki) jedynie człowiek posiada nieśmiertelną duszę. Jedynie mężczyzna jest predysponowany do przemawiania w imieniu Boga, a ludzie ochrzczeni do zbawienia. Zwierzęta choć nadal tak samo pracujące dla człowieka straciły w jego oczach swój status, przestały być osobami. Stały się częścią majątku, czymś czym człowiek może dowolnie zarządzać i dysponować, a okazywanie im szacunku po śmierci jest łamaniem przykazań, dobrego smaku lub zwyczajnie stratą czasu. Psy przestały być grzebane z ludźmi lub grzebane w ogóle. Nikt nie organizował specjalnych cmentarzy czy sakralnego pochówku nawet tym najdzielniejszym i najwierniejszym osobnikom. Psie groby stały się rzadkością. I tak trwało to dziesiątki lat.

Od około stu lat większość psów żyjących w naszych domach to psy bezrobotne. Nie spełniają już swojego pierwotnego przeznaczenia. Sama mam kooikera i nie mam stawu z kaczkami. Zaczęły spełniać nową rolę w ich długiej historii - rolę towarzysza, powiernika, tulaka. Nasza relacja z nimi zaczęła się wyostrzać, pogłębiać. Długość życia psów wzrosła, opieka weterynaryjna się rozwinęła. Walczymy więc nie raz o każdy dzień razem. Nadal jednak żyjemy w społeczeństwie, w którym pokutują lata tradycji chrześcijańskiej i indoktrynacji religijnej. Jak więc możemy czuć to co czujemy do naszego psa i przeżywać to co przeżywamy skoro to nie jest człowiek?

Richard Dawkins w jednym z wywiadów wspomniał, że spotkał wielu ludzi, którzy stali się ateistami po śmierci ich pupila, gdy okazało się, że dla ich przyjaciela nie ma miejsca w niebie. Sama zaczęłam poddawać pod wątpliwość, a następnie podważać wpojone mi dogmaty, gdy w wieku 16 lat straciłam mojego Amiego. Niektórzy tworzą nowe wierzenia np. tęczowy most. Inni podkreślają rolę takich religijnych postaci jak św. Franciszek z Asyżu. Nie mniej jednak większość czuje, że pies pogrzebany jest właśnie w tym, że trudno pogodzić chrześcijańskie wierzenia z życiem wiecznym dla naszego psa. Jeśli w naszym otoczeniu mamy dodatkowo osoby, które nie przeżyły nigdy tego jak cudownie jest mieć psa, jesteśmy zmuszeni słuchać „wiem, że Ci przykro, ale nie przesadzaj, w końcu to tylko pies”.


Wróćmy jednak do początku, czyli do definicji żałoby. Żałoba to uczucia przeżywane po stracie bliskiej osoby lub cennej wartości. Przeżywanie żałoby po psie jest zatem w 100% naturalnym, normalnym i pożądanym zjawiskiem. Żałoba jest procesem prowadzącym do akceptacji nowego stanu rzeczy. Jest więc czymś zdrowym lub prowadzącym do zdrowia, do równowagi. Pozwólmy sobie na to by przeżywać żałobę po naszych najwierniejszych przyjaciołach. Czcijmy ich pamięć. Jeśli uznajemy to za dobre to organizujmy dla nich pogrzeby, pochówek, odwiedzajmy ich groby. Jeśli mamy taką potrzebę zapalajmy dla nich świeczkę podczas święta zmarłych.

A przede wszystkim nie wstydźmy się swoich uczuć, nie usprawiedliwiajmy ich by ktoś inny nie czuł się zażenowany lub by spełnić czyjeś oczekiwania. Mamy pełne prawo do tego by przeżywać żałobę po zwierzętach domowych.

Strata bliskiej osoby to straszna wyrwa w życiu. Rana tak bolesna, że by ją zagoić trzeba czasu, wsparcia, pomocy. Gdy niedawno ja przeżywałam żałobę po najbliższej mi osobie moim największym wsparciem był mój Manu, który trwał przy mnie dzień i noc. Odczytywał i reagował na każdą moją emocję lepiej niż ktokolwiek inny, dostosowywał się, ogrzewał mnie ciałem, zlizywał łzy, przynosił zabawki. Jego łebek położony na mojej piersi był najcudowniejszym ciężarem w tym mrocznym czasie. I niech mi tylko ktoś teraz powie, że to „tylko pies”.


Tak wyglądały nasze wieczory w pierwszych miesiącach 2019 roku.
Dziękuję Ci przyjacielu!



piątek, 7 sierpnia 2020

Gryzak Rogy i Pasta orzechowa Rogy - recenzja

 Są trzy rzeczy, które w naturalny sposób uspokajają psa - węszenie, lizanie i gryzienie. Żucie jest jedną z ważniejszych psich potrzeb, a do tego pomaga utrzymać zęby bez kamienia. Lizanie natomiast działa jak smoczek na niemowlaka :). Warto szukać możliwości realizowania tych psich uspokajaczy, jednocześnie dbając o to by podawane przekąski były zdrowe. I tu z pomocą przychodzą Rogy. W ramach plebiscytu Top for Dog 2020 firma Rogy zaprosiła nas do przetestowania dwóch swoich produktów: naturalnego gryzaka churpi i pasty orzechowej. Oto nasze wrażenia.

Churpi

Churpi to naturalny gryzak z himalajskiego twardego sera. Jest naprawdę twardy. Myślę, że spokojnie można by wbić nim gwoździa ;) Twardość ta oznacza, że pies musi długo żuć gryzaka by ten zmiękł i by można było odgryzać jego kawałki, a co za tym idzie zajmuje on psa na dłużej. Występuje w trzech różnych wielkościach S, M i L. Składa się z odtłuszczonego mleka, zawiera mniej niż 0,5% laktozy. Do tego jest bogatym źródłem wielu minerałów i witamin. Oba moje psiaki bardzo dobrze trawią ten serek himalajski. Gryzak nie zawiera konserwantów ani sztucznych dodatków.

Z churpim miałam już doświadczenia gdy Biś był szczeniorem i uczyłam go grzecznego zostawania w domu. Kongi się mu kręciły i bardzo go nakręcały. Bałam się zostawiać go w klateczce z gryzakiem, który mógłby łatwo zgryźć i zadławić się kawałeczkiem jedzenia pod moją nieobecność. Churpi nadawał się tu idealnie. Papik troszkę żuł, troszkę ssał gryzaczka i bardzo go to uspokajało. Do czasu jak raz nie wypadł mu on między prętami klatki :D Wracam do domu i słyszę lament psiaka. Gdy odtworzyłam później nagranie śmiałam się do rozpuku. Przypominamy nasz instagromowy hit z tym momentem:

Moje psy bardzo chętnie zajęły się serkiem mimo iż ma on ledwie wyczuwalny zapach. BB bardzo powolutku żuł sobie swojego serka i po prawie godzinie czasu ubyło mniej niż centymetr. Z Manu nie jest tak łatwo. Silne szczęki i duża przepadzitość powodują, ze wbrew zapewnieniom na opakowaniu Manu jest w stanie odgryzać kawałeczki sera. Wydaje przy tym mrożące krew w matczynych żyłach dźwięki („co tak trzasnęło? ząb czy gryzak?”). Mimo to, w ciągu godziny nie dał rady zjeść całego gryzaka w rozmiarze M. Została połowa na następne posiedzenie. Spełnił on więc swoją funkcję - zajął psa na długi czas i wyciszył. Robiłam rozeznanie wśród znajomych psiarzy i niektóre pieski potrafią rozprawić się z nim w 10-15 minut. Wytrzymałość gryzaka jest więc zależna od tego do jakiej szczęki wpada. Nie jest to jednak moim zdaniem szybciutka przekąska i psiak musi mimo wszystko wykazać się sporą umiejętnością by go zgryźć.

Bardzo fajne jest to, że gdy z gryzaka zostanie jedynie końcóweczka, którą psiak mógłby się zadławić, możemy włożyć resztkę churpiego do mikrofalówki i przekształcić go w łatwą do pogryzienia przekąskę. Dzięki temu można wykorzystać całego gryzaka bez ryzyka.

Na koniec jeszcze jedna zaleta, która może dla wielu perfekcyjnych pań domu zaważyć o zakupie sera himalajskiego. Gryzak jak wspomniałam ma słabiuteńki zapach, a do tego nie brudzi powierzchni na których psiak się nim zajmował. W pościeli? Nie ma sprawy. Legowisko? Dywan? Śmiało chłopaki. Zazwyczaj gryzaki, które możemy uznać za zdrowe to suszone części zwierząt, śmierdzące na kilometr i pozostawiające po sobie maźglate plamy i trudny do usunięcia smród (ja mam specjalny spray weterynaryjny do niwelowania zapachów odzwierzęcych). Z churpim nie ma takich problemów :).

Pasta orzechowa

Kolejną zdrową przekąską firmy Rogy jest ich pasta orzechowa. W wielu zakątkach Internetu polskiego i anglojęzycznego znajdziecie wzmianki o nagradzaniu psa masłem orzechowym. Nie wszyscy jednak wiedzą, że nie każde masło nadaje się do spożycia przez psy, a niektóre wyroby tego typu mogą być dla nich wręcz trujące przez różne smakowe dodatki np. sól. Pasta firmy Rogy jest stworzona tylko ze zdrowych, przyjaznych psim brzuszkom składników (działa nawet wspomagająco na trawienie). Zawiera ona orzechy arachidowe, siemię lniane i pestki dyni. Gdy przeczytałam skład nie mogłam się oprzeć pokusie i sama spróbowałam pasty - jest pyszna! Nie muszę więc pisać o smakowitości na podstawie obserwacji, ale mogę Was osobiście zapewnić, że smakuje :)

Pastę można wykorzystać na kilka sposobów. Możemy podawać ją z oryginalnego opakowania, zakończonego specjalnym dzióbkiem. Możemy rozsmarować ją na licky macie, gumowej zabawce z rowkami, czy powyciskać do foremek na kostki lodu.

Możecie też skorzystać z mojego patentu tzn. z silikonowych pojemniczków podróżnych na kosmetyki. Wykorzystuję je zarówno na zblendowaną mokrą karmę, jak i na pastę orzechową. Dzięki takiemu rozwiązaniu możemy zabrać pastę ze sobą na spacer, trening, socjal, kontrolując jednocześnie łatwiej ilość wydanej pasty. Mały pojemniczek jest też poręczniejszy i jeśli macie więcej niż jednego psa, dla każdego możecie przygotować jego własny i wiecie dokładnie, który ile zjadł. Silikonowe pojemniczki łatwo wymyć po użyciu.

Moje psiaki oszalały na punkcie pasty orzechowej. Często je nagradzałam w domu nią, ale i zabierałam na treningi i spacery. Aż im oczy wywalało z orbit gdy lizali ją w formie nagrody. Czasem podawałam im ją też w tackach do lizania i wtedy idealnie spisywała się do wyciszenia. Lipiec był dla nas dość trudny w związku z „odcieczkowym zapaleniem mózgu” Bisia - lizaki i gryzaki ratowały nas przed totalną amputacją mózgu.

Podsumowując bardzo, bardzo polecamy produkty firmy Rogy. Gryzaki będą doskonale nadawały się dla mniejszych psów i dla tych większych o ile nie są zbyt zajadłe w gryzieniu. Pasta orzechowa zaś jest idealnym rozwiązaniem dla wszystkich: dla psów i dla opiekunów także. Można podjadać jednocześnie patrząc jak pieskowie śmiesznie wylizują swoje własne podniebienia obklejone pyszną pastą :)

Te i inne produkty firmy Rogy możecie kupić w bardzo atrakcyjnych cenach w sklepie Pet and You pod adresem www.petandyou.pl

wtorek, 28 lipca 2020

Recenzja ECO maty beBobi


Moje psy są psami, a to znaczy, że lenią się, ślinią, brudzą, otrzepują, tarzają w błocie i pływają w kałużach. Ja jestem kierowcą i lubię zabierać samochodem moje psy w różne miejsca gdzie uskuteczniają bycie psami, a co za tym idzie mocno odbija się to na wyglądzie mojego auta, a raczej mocno się odbijało! Z pomocą przyszła nam eco mata od beBobi.


Mata Kuko+ z kolekcji ECO to mata chroniąca tylne siedzenie mojego samochodu. Jakość wykonania jest po prostu niesamowita! Szwy są idealne, nici wytrzymałe. Widać, że beBobi dbają o każdy szczegół i wkładają w swoje produkty wiele serca. Serce okazują też i naszej planecie.



Zacznijmy od paczki. Zwykły karton bez grama folii. Taśmy papierowe. W środku brak worków foliowych, wypełniaczy, plastikowych kółeczek na papierową metkę. Po prostu mata i instrukcja wydrukowana na papierze z recyklingu. BeBobi zawsze przywiązywali wagę do tego by nie tworzyć niepotrzebnych śmieci. Wszelkie skrawki materiału pozostałe po szyciu mat zamieniali na akcesoria np. pasy samochodowe czy etui na woreczki. Teraz poszli o krok dalej.

Paczka bez śmieci!

Mata samochodowa ECO wykonana została z wodoodpornego materiału, który w 100% pochodzi z recyklingu butelek PET zbieranych w Europie. Do stworzenia jednej takiej maty potrzeba 96 butelek plastikowych. Matę banalnie prosto instaluje się w samochodzie poprzez nałożenie 4 kapturków na zagłówki. Ja mam samochód 3 drzwiowy i dotychczas musiałam odpinać i zapinać paski poprzedniej maty podczas wpuszczania psów. Kapturek na zagłówek jest zdecydowanie szybszą i wygodniejszą opcją. Te kapturki i dwie kieszenie naszyte na matę również wykonane są z materiału pochodzącego z recyklingu, a dodatkowo ozdobione są pięknym wzorem utworzonym we współpracy z Pieski z kreski. Czyni to matę nie tylko funkcjonalną, ale też szalenie estetyczną.


Pomiędzy przednimi siedzeniami mata ma wszytą siatkę, tak by w trakcie podróży czworonożni pasażerowie mogli zerkać na kierowcę i podpowiadać jak ominąć korki i weterynarza :). Pewnie nie zaskoczę Was jeśli powiem, że ta siatka również stworzona została z materiału pochodzącego z recyklingu.


Mata ma dwa wycięcia na pasy bezpieczeństwa. Otwory te można zasunąć suwakiem. Suwaki użyte w macie zostały wyprodukowane w Polsce i mają certyfikaty o braku zawartości substancji szkodliwych.


Tyle technicznych informacji. A jak mata sprawdza się w użytkowaniu? REWELACYJNIE! Przez moje auto przewinęło się sporo mat z sieciówek, a i zakupionych w zoologicznym. Często mają one sztuczny, trudny do wywietrzenia zapach, suwaki i zapięcia łatwo się niszczą, a i mata szybko zaczyna wyglądać jak po przejściu huraganu, bo tak też jest. Dla mnie samochód jest rzeczą typowo użytkową i nie oszczędzam go w żaden sposób. Huragan Manu i Orkan BB przelatują przez tylną kanapę pozostawiając po sobie piach, powódź i łzy pedanta, a matka raz na sezon kupuje nową matę. Jednak nie tym razem!


Jak testy, to testy! Nie oszczędzaliśmy naszej ecomaty ani jeden dzień. Pierwsza wycieczka do lasu zaraz po zainstalowaniu maty, zakończyła się kąpaniem w stawie i tarzaniem w trawie, a co za tym idzie psy do auta wniosły tonę piasku i dużą dawkę wilgoci. I tak z każdym kolejnym wypadem dokładali swoje, a mata nie przejmowała się niczym. Woda nie przeciekała, po prostu wysychała. Piasek nie przedostawał się pod matę. Mata nie przesuwała się w trakcie jazdy. Otwory na pasy nie rozszerzały się i nie pruły. Psy w trakcie jazdy nie ślizgają się i nie muszą wiecznie poprawiać pozycji.

Prosto z jeziora do auta.

Dowaliliśmy więc bardziej. Najlepszy sposób na to by nie mieć piaskownicy w domu po wizycie nad wodą to wrzuceniem psów prosto z jeziora do auta z pominięciem plaży. Z mokrych futer kapała woda, otrzepywali się, a mata w śmiech! Nic jej nie straszne. Zero uszkodzeń, zero problemów. Jednak po prawie dwóch miesiącach użytkowania trochę jakby przyszarzała. „Mam Cię! Pewnie trudno Cię będzie doczyścić!”. Ale gdzie tam. Wyciągnęłam ją z auta, wytrzepałam, przejechałam mokrą ścierką (szmatkę wypłukałam ze 3-4 razy) i po 5 minutach znów uśmiechają się do mnie czyste Pieski z kreski. No nie do zajechania!






Matę można prać ręcznie (albo w pralce na trybie delikatnym), nie mam jednak takiej potrzeby. Jedyny element, który jest odrobinę przybrudzony to jasna kieszeń, od strony pasażera. To tamtędy wpuszczam psy do auta i często depczą po niej wchodząc do środka. Oprócz tego szybka higiena z użyciem szmatki jest wystarczająca, a siedzenie pod spodem ochronione. Jedyne miejsce gdzie przedostał się piasek to okolice otworów na pasy. Samochód brudzi się jedynie na bokach auta pod oknami, czyli tam gdzie mata nie chroni, a gdzie Biś lubi opierać się patrząc przez okno. W serii ECO można zamówić maty z dodatkowymi bokami chroniącymi drzwi, ja po prostu takiej nie wybrałam. Są też maty rozsuwane na środku, z kieszeniami z korka, z papieru, z suwakiem na nogi ludzkiego pasażera... jednym słowem każdy może wybrać matę odpowiednią dla siebie.


Czy mata ma jakieś minusy? Myślę, że cena może być elementem decydującym o zakupie. Mata zdecydowanie jest jednak jej warta. Po pierwsze jest to faktycznie produkt ekologiczny. Po drugie jakość wykonania maty, użyte materiały są z najwyższej półki a to oznacza, że będzie ona służyła latami (długowieczność produktu też świadczy o jej ekologiczności). Mata ma bardzo estetyczny design, nie znudzi się nam zatem zbyt łatwo, więc nie wpadniemy na pomysł by ją wymieniać dla samej zmiany wyglądu. Wszystko to sprawia, że warto jest zainwestować w ten produkt.


Pamiętajmy, że zmiany klimatyczne postępują w zatrważającym tempie, na naszych oczach i tylko osoby nieodpowiedzialne lub niedouczone nadal starają się im zaprzeczać. Politycy należą do obu tych grup, dlatego jest to jeden z tych problemów, za który musimy zabrać się sami, wszyscy i od zaraz. Bardzo cieszę się, że są takie firmy jak beBobi, które tworzą produkty na lata, wbrew trendom na ciągle nowe, sezonowe buble. BeBobi dbają o swoich klientów, o ich zwierzaki, samochody, ale i o nasze środowisko, dlatego zasługują na najwyższe wyróżnienie i pochwały.

Pozwalają naszym psom być psami wszędzie, także w aucie. „Be Bobi” - „bądź Bobim”. Nawet ich nazwa pokazuje zdrowe podejście do życia :)



poniedziałek, 20 lipca 2020

Farmina Natural & Delicious Quinoa - recenzja

Karmę firmy Farmina poznaliśmy jakiś czas temu otrzymując próbki od cioci Gadaszu. Oba psy trzęsły się na zapach maleńkich kulek z dynią, jak gdyby były to najlepsze smaczosy. Dlatego, gdy dowiedziałam się, że Farmina bierze udział w plebiscycie TOP for DOG 2020, byłam pierwsza w kolejce do testów. Czy słusznie?


Farmina ma kilka wyspecjalizowanych linii karm m.in. z dynią, zbożami, czy rybami. Tym razem w plebiscycie bierze udział karma specjalistyczna z ziarnami quinoa czyli komosą ryżową, która jest wspaniałym źródłem błonnika wspomagającego trawienie i jest bogata w przeciwutleniacze.

Świetnym rozwiązaniem w procesie doboru karmy są oferowane przez Farminę indywidualne konsultacje żywieniową. Przemiła Pani zadzwoniła do mnie i zapytała nie tylko o wielkość i wiek moich psów, ale przede wszystkim o stan zdrowia, alergie, nietolerancje pokarmowe, dotychczasowe doświadczenia z konkretnymi składnikami, kupy, bąki i wszystko inne co związane jest brzuchami moich psów, a także o to jak aktywni jesteśmy, czy coś trenujemy, pełen wywiad. Ja zgłosiłam do testów Manu z uwagi na dodatkowe 1,5 kilograma, którego nie potrafiłam pomóc mu zrzucić już od jakiegoś czasu. Farmina w linii QUINOA oferuje karmę Weight Management wspierającą odchudzanie. Dodatkowo pani konsultantka zaproponowała karmę dla Bisia SKIN and COAT, tak aby młodzież szybciej się nam ofutrzyła. Tego samego dnia otrzymaliśmy na maila plan żywieniowy, który określał nie tylko jaki rodzaj karmy będzie najlepszy dla psa, ale też dokładnie wyliczoną porcję w gramach.

Każdy z psiaków otrzymał 7 kg worek do testów. Niestety nie są to worki strunowe co utrudnia przechowywanie. Obie karmy mają bardzo drobne granulki idealne do treningu i jeszcze lepsze do wszelkich zabaw węchowych, interaktywnych zabawek czy naszych ukochanych misek Spin od Ofiufiu. Omówię każdą karmę osobno.


Farmina Natural & Delicious Quinoa - WEIGHT MANAGEMENT

Karma „odchudzająca” ma świetny skład oparty na jagnięcinie oraz brokułach i szparagach. Jest jedzeniem o obniżonej zawartości tłuszczu (8%, gdy pozostałe mają ok. 18%). Co bardzo ważne przy odchudzaniu karma zawiera zwiększoną ilość błonnika, dzięki czemu nie trzeba więc zmniejszać porcji. Błonnik daje psu poczucie sytości mimo mniejszej kaloryczności posiłku, bo wypełnia brzuszek. Manu otrzymywał zatem 160 g karmy, tak jak wszystkich poprzednich karm - tyle, że wcześniej obliczałam to na oko na podstawie tabelki z opakowania, a tu miałam podane konkretnie do mojego psa.

Pierwsze co zauważyłam po otwarciu worka to mega intensywny zapach - zapach, który wzbudzał prawdziwy entuzjazm w moich psach natomiast dla mnie był mocno przytłaczający. Zaznaczę tu, że mnie praktycznie nic nie śmierdzi, ale mieszanka zapachowa tej karmy faktycznie była dla mnie nieprzyjemna i zatykająca (i tylko dla mnie, Manusiowy Pan z nadwrażliwością zapachową miał w tej sytuacji luz). Zapach karmy jest dla mnie jedynym jej minusem.


Manu od pierwszych dni baaaaardzo chętnie zjadał wszystko do ostatniej kulki. Takiego zapału do jedzenia nie widziałam od czasów sprzed zapalenia żołądka czyli od półtorej roku. Pies cieszył się na każdy posiłek, podczas treningu czułam się jakbym miała w ręce szalenie pożądane parówki. Przy trudniejszych zabawkach interaktywnych Manu się wręcz trochę frustrował, bo tak bardzo chciał dostać się do żarcia. Po tygodniu mózg wrócił na miejsce, ale karma do samego końca budziła taki sam entuzjazm.

Granulki Farminy dobrze zgodziły się z Manusiowym brzuchem. Nie było żadnych sensacji czy wzdęć, a jak wiecie Manu jest bardzo na to podatny. Z uwagi na dużą zawartość błonnika, który nie jest trawiony, kupy Manuśka były większe niż dotychczas. Zdarzało mu się nawet czasem zrobić dwie kupy na jednym spacerze. Były one odpowiedniej konsystencji i zapachu (tak kupa może mieć odpowiedni zapach), po prostu znacznie większe.


No i to co najważniejsze. Czy Manu schudł - tak! Moje psy prowadzą umiarkowanie aktywny tryb życia. Staram się jak najczęściej wychodzić z nimi na długie spacery, ale zazwyczaj są to 2-3 ponad godzinne spacery w tygodniu, a nie codzienny trening. Gdy tylko jest okazja jeździmy też nad wodę by mogły pływać. To co istotne to nie zwiększyłam intensywności aktywności w trakcie testów, a mimo to Manu schudł ponad kilogram w 5 tygodni. Przed rozpoczęciem testów ważył (wstyd się przyznać) 14,6 kg. Po zakończeniu testów waga spadła do 13,4 kg. Pies jest szczupły, a jednocześnie ponieważ karma jest oparta na dobrych składnikach nie widać żadnej negatywnej zmiany w stanie okrywy włosowej czy mięśni. Manu ma tak samo lśniącą sierść jak wcześniej, a mięśnie jedynie zostały uwydatnione przez redukcję tłuszczyku. Jest też bardzo aktywny, radosny i nie wykazywał żadnych oznak głodu.

Test zakończyły się w tym przypadku pełnym sukcesem, który zamierzam kontynuować i zakupić kolejny worek tej karmy, aby postawić kropeczkę nad „i” w metamorfozie Manuśka.


Farmina Natural & Delicious Quinoa SKIN & COAT

Karma Skin and Coat przeznaczona jest przede wszystkim dla psów z alergiami i nietolerancją pokarmową objawiającą się na skórze. BB nie jest takim psem. Zdecydowałam się jednak na tę karmę dla niego z uwagi na skład, oraz fakt, że jak na kooikerhondje jest dość „łysawy”. Fakt, że to dopiero młodzian i zdąży jeszcze nabrać włosa, ale czemu tego procesu nie wspomóc.


Karma Skin and Coat w naszej wersji oparta jest na śledziu. Występuje ona też w wersji z przepiórką, kaczką lub jeleniem. Dodatkowo nasza karma zawierała kokos tak ważny dla odżywienia skóry i włosa, a także kurkumę i wiele innych składników (odsyłam na stronę Farmina.com). Drobne kuleczki o jasnym kolorze, mają intensywny, ale tym razem bardzo przyjemny dla mnie, rybny zapach. BB był mocno zainteresowany swoją karmą, a i Manu zerkał w jej stronę. Mimo małych kulek Biś gryzł je, co nie jest do końca oczywiste przy tym odkurzaczu.

Motywacja na treningu z udziałem Farminy robiła się sama! Karma ma wysoką smakowitość, a z czasem entuzjazm w jej jedzeniu nie słabł nawet na moment. BB otrzymywał 120 g dziennie według obliczonego przez konsultantkę żywieniową programu żywieniowego. W pierwszych dniach dodawałam mu kilka kulek Manusiatych, bo dotychczas Biś jadł więcej objętościowo, ale już po 5-6 dniach dostawał dawkę docelową. Nie zgłaszał głodu, a moje psy potrafią upomnieć się o swoje.


W pierwszych dniach zdarzyło się kilka bączków oraz mniej solidnych kup, wszystko szybko jednak wróciło do normy. Karma bardzo dobrze się trawi i jest mało produktów ubocznych. BB robił maluteńkie kupy, czasem tylko dwie dziennie mimo, że dotychczas robił 3. Zrobiłam mały eksperyment na koniec testów Manusiowych (z uwagi, ze dostawał więcej gramów jego karma szybciej się skończyła) i dałam mu Bisiową karmę - efekt był ten sam. Po dwóch dniach małe kupeczki.

A jak z wyglądem sierści. Muszę przyznać, że sierść Bisia zagęściła się, jest bardziej puszysta. Nigdy nie będzie on posiadał tak okazałego futra jak Manu, ale zauważyłam drobne sygnały, że faktycznie karma i dorastanie robi swoje. Pojawiły się na przykład gęstsze wskazówki na uszach. Kooikery mają zazwyczaj takie długie, czarne kolczyki z włosów na końcówkach uszu, ale Biś miał trzy czarne włoski. Teraz może się już pochwalić uszami godnymi kooikera (choć nie są one nadal okazałe - pozdrawiamy dziadka Ediego z takimi samymi uszkami ;) ).

W przypadku Bisia również zamierzam zostać przy Farminie, w związku z świetnym składem, atrakcyjnym zapachem i smakiem. Granulki są idealnej wielkości, brzuszki są zdrowe i psy szczęśliwe. Dla BBiego kupię jednak tym razem karmę innej linii. Muszę to jednak omówić z moim konsultantem żywieniowym :) - jak fajnie, że mają taką opcję dla klientów!


Karmę Farmina polecamy całym serduszkiem. Jeśli szukacie karmy, która pomoże wrócić do formy Waszym psiakom to bez wahania uderzajcie po WEIGHT MANAGEMENT. Jeśli Wasz psiak, ma nietolerancję pokarmową kupujcie SKIN and COAT, albo DIGESTION, która sprawdzi się też u psów z problemami żołądkowymi i trzustkowymi. Zobaczcie też ofertę innych linii karm mokrych i suchych, bo każdy znajdzie tam propozycję dla siebie. Myślę, że najlepszą rekomendacją niech będzie to, że my zostajemy przy Farminie!


wtorek, 7 lipca 2020

PositiveCare naturalny olejek przeciw kleszczom i komarom - recenzja



Rok 2020 robi wszystko by mocno zapisać się w historii i naszej pamięci - COVID, protesty na tle rasowych, walka o prawa człowieka, susza i powodzie, a na domiar złego W TYM ROKU JEST MILION KLESZCZY!

Tak, to nie przesada. Manu mieszka z nami 4 lata. W tym czasie do lutego 2020 złapał 6 kleszczy. W okresie od lutego do czerwca już 12. Z każdego spaceru psy przynoszą po kilka lub kilkanaście kleszczy i to na Śląsku, gdzie nigdy nie mieliśmy tego problemu. Sprawdzam moje psy dokładnie po każdym spacerze i na dokładkę tuż przed snem. Czasem nie zdążę jeszcze butów ściągnąć, a widzę, że po otrzepaniu się psów kleszcze łażą mi po panelach w przedpokoju. Jednym słowem - MASAKRA!

Patrzcie jakie mikro cholery wyciągam w tym roku z psów. 
Tak na zdjęciu są dwa kleszcze, jeden miał około milimetr długości.

Od samego początku Manu zabezpieczany był obrożą Foresto i byliśmy zadowoleni. Obroża działa odstraszająco i biobójczo. W tym roku również BB dostał już pod koniec lutego swoją obróżkę. Niestety nie jest to w tym sezonie wystarczająca ochrona. Niektórzy łączą obroże z tabletkami jest to jednak ryzykowne z uwagi na to, że oba specyfiki mają działanie biobójcze. Inni łączą z kroplami, a to też trudno zrobić, bo niektóre substancje źle na siebie działają w połączeniu. Ja postawiłam więc na naturalne wspomaganie. Na przeciw wyszła nam firma PositiveCare, których olejek został zgłoszony do plebiscytu TOP for DOG 2020. Od razu zapisałam się do testów. A oto rezultaty!


PositiveCare jest Polską firmą ze Skoczowa. Ich preparat składa się w 100% z naturalnych olejków eterycznych, które mają działanie odstraszające dla komarów i kleszczy. Jest to produkt bezpieczny dla psiaków, wegański, a do tego w bardzo przystępnej cenie. Należy go użyć przed spacerem i w zależności od wielkości psa spryskujemy 2-4 psiknięć. Produkt z założenia jest wspomaganiem innej ochrony przeciwkleszczowej. Może być jednak zbawieniem dla psich alergików, którzy nie mogą stosować chemicznych preparatów. Ja produkt testowałam na długich spacerach w lesie oraz podczas mojego 6 dniowego pobytu na wsi, nie używałam go na spacerach fizjologicznych.


Olejek jest wydajny, butelka wygodna i estetyczna, niestety troszkę przeciekała, w związku z czym do plecaka warto wkładać ja w woreczku. Podczas pobytu na wsi (okolice Lublińca) psy przyniosły jedynie 2 kleszcze (oba Biś). Muszę tu zaznaczyć, że po przejściu 3 km nastąpiła kąpiel w stawie i nie dopsikałam psów po wyjściu z wody. Nie złapały też ani jednego kleszcza bawiąc się na działce w trawie i krzewach, choć miały do dyspozycji też basenik z wodą.
Trochę gorzej wypadają testy w naszym ulubionym lesie do spacerów w nomen omen Kleszczowie. Tam po psach łazi dużo kleszczy i ściągamy je nie raz jeszcze w lesie z futerek, do domu jednak zawsze przywoziły 2-4 kleszczy, a czasem nawet strzyżaka. Bez olejku wynik ten był wyższy więc trzeba przyznać, że olejek jest skuteczny, jeśli jednak spodziewacie się 100% pewności to muszę Was rozczarować. Mimo podwójnej ochrony w tym roku kleszcze wygrywają i zawsze te pierony znajdą drogę do naszego domu.


Czy polecamy olejek PositiveCare? Tak. Czy sami będziemy stosować? Nie.
Niestety olejek ma bardzo intensywny zapach (na mój nos octowy), tak jak wiele preparatów tego typu. Okazało się, że Manusiowy Pan źle reaguje na niego i gdy spsikałam psy w domu przed wyjściem, dostał duszności i ataku kaszlu. Miałam trudności z wywietrzeniem mieszkania. Na Bisiu po 1,5 godziny nie czuć już nawet nuty olejku, ale gęste, długie futro Manusia chłonie go jak gąbka i jeszcze na drugi dzień można było wyczuć preparat przytulając się do psa. Ponieważ psiaki śpią z nami w łóżku ten zapach jest niestety w naszym przypadku dyskwalifikujący.

Na wieś pojechałam z psami sama i mogłam je psikać do woli i byłam bardzo zadowolona z efektów. Jeśli więc tak jak ja nie macie wrażliwych nosów czy alergii oddechowych to jak najbardziej warto kupić ten produkt.


Pamiętajcie, że kleszcze nie tylko są obrzydliwe, ale przede wszystkim przenoszą wiele groźnych chorób takich jak babeszjoza, anaplazmoza, borelioza. Niektóre preparaty działają tylko odstraszająco więc jeśli pies przyniesie kleszcza do domu, ale będzie pachniał mu niezachęcająco, to może przejść na nas. Dlatego niezależnie od tego jak skuteczną ochronę stosujecie, zawsze sprawdzajcie Wasze psy, szczególnie w najbardziej narażonych miejscach jak okolice pyska, uszu, szyja, pachy, brzuch, okolice genitaliów i odbytu, przestrzenie między łapami i poduszeczkami łap.

niedziela, 28 czerwca 2020

Miski Spin od Ofiufiu.pl - recenzja


Jest kilka rzeczy, które podnoszą psią samoocenę, a na szczycie listy jest zdobywanie jedzenia! Psy uwielbiają możliwość sprawdzenia się w tym zakresie i zazwyczaj gdy mogą wybrać zwykłą miskę czy psią łamigłówkę to wybiorą to drugie. Jest ciekawiej, jest atrakcyjniej, jest super! Moi klienci wiedzą, że zawsze jednym z najważniejszych moich zaleceń jest „pozwól psu zapracować na jedzenie”. Polecam maty węchowe, LickyMaty, zabawki interaktywne... wszystko to znajdziecie na ofiufiu.pl, a do kolekcji super produktów dołączyły najnowsze miski Spin, a my mieliśmy przyjemność przetestować je w ramach plebiscytu TOP for DOG 2020.

A miało nie być nudnego jedzenia z miski.” I nie będzie, bo miski Spin to świetna zabawa!

Miski Spin występują w dwóch stopniach trudności. Pomarańczowy kwiatek to poziom łatwy, a niebieska paleta poziom średnio zaawansowany. Wykonane są z bezpiecznego plastiku i można je myć w zmywarce. Rozkładają się więc nie ma obawy, że gdzieś pozostanie nie umyte. Choć spód miski jest podgumowny, to nie wszystkich powierzchni się dobrze trzymają i na panelach się przesuwały. Są dość duże będą zatem świetnie nadawać się dla mniejszych i dużych psów. Problem mogą mieć psy brachycefaliczne jak mopsy i buldożki. A na czym polega ich wyjątkowość?


Środkowy, kolorowy element się kręci, przez co pies nie może po prostu złapać jedzenia haps, haps, haps, a musi trochę pokombinować, pogimnastykować głowę i język. Miska spełnia więc funkcję spowalniającą jedzenie idealną dla psich odkurzaczy, a także uatrakcyjnia formę jego podawania. Można ją zastosować do karmy suchej, ale i mokrej, wtedy staje się wręcz LickyMatą. Fajnie może sprawdzić się u BARFiarzy, wtedy każdy kubeczek palety może zawierać inne żarełko. Moje psy jedzą karmę suchą o dość małych granulkach. Dzięki ruchomym elementom pies faktycznie ma wrażenie zdobywania jedzenia, szczególnie w niebieskiej palecie. Kulki karmy uciekają i chowają się pod paletką, trzeba je namierzyć węchem i dorwać jęzorem.


W pomarańczowej wersji możemy dokręcić kwiatka tak, że będzie niemal nieruchomy (najłatwiejsza wersja), lub lekko odkręcić i wtedy będzie śmigał dookoła z każdym liźnięciem. W obu miskach można też odwrócić kolorowy element przez co zabawa staje się jeszcze trudniejsza.

Jak poradziły sobie moje psy z zabawą? Byłam przekonana, że niebieska miska będzie idealna dla Manu, a pomarańczowa dla Bisia. Okazało się jednak odwrotnie. Choć Manu doskonale wiedział o co chodzi w zadaniu, początkowo frustrował się, że kulki się chowają i próbował podnosić i podrzucać miskę. Dopiero przy 3-4 użyciu wyluzował. Odwrócona paleta też była wyzwaniem. Kwiatek to jest to co Manu lubi najbardziej, szczególnie odwrócony - jest ciekawie, ale nie za trudno.


BB natomiast od początku był bardzo metodyczny i nie zrażał się uciekającym jedzeniem, węszył, lizał, a miska sprawiała, że jego emocje się wyciszały. BB dość szybko je, szczególnie aktualną karmę. Kwiatek tylko troszkę go spowalniał, a paleta robi to idealnie! Posiłek trwa od minuty do nawet trzech jeśli paleta jest odwrócona. Posiłek zjedzony wolniej to posiłek lepiej strawiony.


Moje psiaki rzadko dostają jedzenie po prostu ze zwykłej miski. Zazwyczaj trenują za jedzenie, albo używam zabawek interaktywnych. Miski Spin wpisały się w to idealnie. Chłopcom nie nudzi się taki posiłek, a ja nie mam wrażenia zmarnowanej okazji na atrakcyjnie spędzony czas.

Przerobiliśmy wiele zabawek, misek, mat i miski Spin od ofiufiu.pl trafiają na naszą listę najlepszych z najlepszych obok LickyMat i mat węchowych. Warto kupić!