środa, 10 października 2018

Niespodziewanie ulubione zabawki

Manu ma milion zabawek. Na początku wiele z nich wybierałam na podstawie swoich własnych upodobań lub dzięki opiniom innych. Część z nich było trafionych, a część leży na dnie pudła. Teraz po dwóch latach razem wiem już co Manu lubi, a czego nie. Nadal jednak zaskakują mnie czasem jego wybory co do ulubionych zabawek. Dziś będzie właśnie o dwóch takich bawistwach.


Szczurek Gilda ZOLUX

Szczura wygraliśmy w konkursie Opowieści Psiej Treści współorganizowanym z Fera.pl. W sklepie internetowym kosztuje 29 zł.

jeszcze z metką :D

Czemu bym jej nie wybrała?

Niby mordka pluszaka przyjazna, ale zabawki z tego materiału innych firm nigdy nie wytrzymywały u nas dłużej niż 2 dni. Szwy puszczały i z maskotki momentalnie wychodziło masę nitek. Jednocześnie materiał jest dość twardy, co zniechęcało Manuśka do dłuższej zabawy, o aportowaniu już nie wspominając.

Co się okazało?

Szczur nie tylko daje radę, ale stał się ukochaną zabawką do leżenia, aportowania i samodzielnej zabawy. Materiał rzeczywiście po miesiącu intensywnej zabawy zaczął powoli puszczać, ale nie przeszkadza to w funkcjonalności zabawki, ponieważ ma pod spodem drugi materiał, który utrzymuje pluszaka w całości. Pod wpływem gryzienia szczur też troszkę wyłysiał. Jest to mimo wszystko świetny wynik ponieważ szczurem Manu bawi się kilka razy dziennie.

łysy kark

popruty brzuszek

Bierze go sobie sam i podrzuca lub gryzie. Zabawka ma przyjemną dla ucha piszczałkę o dość niskim dźwięku. Jest duża i relatywnie twarda co zachęca do gryzienia. Dodatkowo kształt szczura wymusił na mnie nowy sposób zabawy z psem. Zamiast rzucać wielkim szczurem z hałasem szurałam nim po podłodze. Tak to się Manuśkowi spodobało, że nie ma dość przynoszenia jej do dalszej zabawy.




A gdy już zabawa skończona szczur okazuje się mega wygodny do leżenia z nim pod głową i patrzenia czy aby przypadkiem nie uda się jeszcze wymusić 5 minutek dodatkowej frajdy.

Najulubieńsza piłka świata BAYLABEL

Hitem hitów i największą zabawkową miłością Manu jest niebieska, pluszowa piłeczka. Jako stali klienci Baylabel otrzymaliśmy przemiły prezent w postaci zabawki Sticha. Zabawka składała się z główki disneyowskiej postaci z piszczałką, sznurka i kolejnej piłeczki z piszczałką i to właśnie ta „dolna” piłeczka tak przypadła do gustu Mankowi.

Czemu bym jej nie wybrała?

Zabawka spodobała się jak każda nowa rzecz lecz szybko została przez Manuśka olana. Manu nie przepada za sznurkowymi zabawkami, dlatego nie kupuję już tego typu wynalazków. Kilka razy aportował Stitcha i w sumie tyle. A do tego piłka jest elementem oderwany od całości zabawki, nie da się więc jej kupić oddzielnie.

Co się okazało?

Ćwiczyliśmy komendę „trzymaj”, do czego zabawka się super nadawała. Na koniec nagrodziłam psa gonieniem się i szarpaniem. Gdy przeciąganie weszło za mocno kulka na końcu oderwała się. Chwila konsternacji i nagle! Miłość życia. Manu szalał z oderwaną kulką, podrzucał, biegał. Zaszyłam dziurę po sznurku i oddałam mu. I tak kilka razy dziennie pies przychodził z kulką w dziobie i trącał mnie nią.


Zabawka idealnie nadaje się do zabawy w domu, bo jest mała, miękka i lekka. Bawiliśmy się zatem w aport, w łapanie jej w podskokach. Pies szybko się nauczył, że jak nie złapie piłki to musi ją oddać, a jeśli mu się uda to będę go gonić do sypialni i nazot.

Kolejną wariacją na temat piłki było chowanie jej w pościeli, w rękawie, w kapturze. Manu jest tak nakręcony na małą kulkę, że po raz pierwszy zaczął pracować za zabawkę (przeniosło się to teraz na inne zabawki również), co wcześniej było zupełnie niemożliwe.

Piłeczkę zabraliśmy ze sobą na wakacje na Roztocze. Manu bawił się swoją piłeczką i zostawił ją na trawniku, gdy zaczęła się ulewa. Deszcz padał 3 dni. Gdy znalazłam piłeczkę byłam przekonana, że to jej koniec. Przesiąknięta wodą, przestała piszczeć, brudna masakrycznie. Zostawiłam ją tam gdzie znalazłam z postanowieniem, że w dniu wyjazdu ją wywalę. Podczas pakowania przypomniałam sobie o piłce. Wzięłam ją do ręki a ona sucha, piszczy, brud otrzepałam i w sekundzie znalazła się w psim pysku, a oczy Manuśka zabłysnęły.


Od tego czasu w zabawce zrobiła się kolejna dziurą, która trzeba było zaszyć. Wypełnienie oklapło, tak że piłeczka nie przypomina już kulki. Wszystko to jest nieważne. Miłość psia nie gaśnie i gdy tylko ma ochotę na zabawę wybiera zawsze piłeczkę. A jeśli ja inicjuję zabawę czym innym i to coś spadnie w pobliżu piłeczki, od razu porzucone jest na jej rzecz.

W koszyku leży też głowa Sticha, piękna, piszcząca, z tego samego materiału z dodatkowymi uszami, ale nie ma tego czegoś. W życiu nie wpadłabym na to, że właśnie ta mała, niebieska kulka będzie najukochańszą zabawką mojego psa. Życie z Manuśkiem potrafi jednak zaskoczyć.


A czy Wasze psy mają takie niespodziewane zabawkowe miłości? Dajcie znać w komentarzu :).

poniedziałek, 1 października 2018

Zestaw LalaZoo i magia żółtej wstążeczki

W wakacje zostaliśmy testerami firmy LalaZoo w tonacji szczęśliwego psa i kota. Otrzymaliśmy dwukolorowy zestaw Yami - obrożę i smycz. Intensywne testy trwały 3 miesiące, możemy zatem z czystym sumieniem przedstawić Wam rezultaty.

LalaZoo w Silesii.

Zestaw Yami to dwukolorowy komplet smycz i obroża. Wybrałam niebiesko-różowe zestawienie. Obroża o szerokości 20 mm zapinana jest na czarną klamrę. Oba elementy są starannie zszyte z dwóch taśm. Smycz miejska 2 metrowa ma dodatkowe metalowe kółko przy rączce. Tyle opisu a teraz nasze wrażenia.

LalaZoo po żniwach

Zestaw stał się jednym z naszych ulubionych, a na pewno najczęściej używanych. Testowaliśmy go w różnych warunkach – piach, woda, pola, las, deszcz, upał. Mogę Was zapewnić, że wygląda jak w dniu w którym do nas trafił z lekkim tylko przybrudzeniem. Produkt można prać w pralce, ale my jeszcze nie mieliśmy takiej potrzeby. Kolory są nadal żywe i nie widać żadnych zmian, ani uszkodzeń taśm. Szycia są nienaruszone, solidne – podziwiać można również precyzję z jaką zostały wykonane – równiusieńko. Wszystkie produkty LalaZoo są robione ręcznie i szyte w Polsce, a to zawsze warto wspierać.

I tu LalaZoo na Pogorii.

Obroża ma wytrzymałe zapięcie, które mimo upływu czasu nadal zapina się i odpina z lekkim, pożądanym oporem. Mimo, że Manu czasem ciągnie, obroża nie rozciąga się. Tak jak ją dopasowałam tak trwa, a plastikowe ramki do regulacji nie przesuwają się. Okucia pozostały bez zmian. Minusem jest brak dodatkowego kółeczka na identyfikator. Adresówkę można przypiąć do kółka, do którego zapina się smycz, ale wtedy dzwoni, lub do plastikowej ramki, tak jak my, ale wtedy odstaje. Zgłosiłam to twórcom LalaZoo i wiem, że moje uwagi zostaną wzięte pod uwagę, możliwe zatem, że zostanie to zmienione.


A tu LalaZoo na randce z Myszką

Nie byłam przekonana nigdy do miejskiej smyczy i zawsze zamawiałam smycze przepinane. Smycz LalaZoo sprawdziła się doskonale i zmieniłam zdanie na temat tego typu pasków. Dodatkowe kółeczko sprawia, że jest ona  funkcjonalna. Mimo, że składa się z dwóch taśm jest lekka i elastyczna. Długość w sam raz na spacer smyczowy z węszeniem, zazwyczaj jednak korzystamy z obroży, gdy wiem, że Manu będzie miał możliwość biegać luzem.

LalaZoo w Jaworznie.

Manu pięknie wygląda w wybranych przeze mnie kolorach. Zestaw sprawdza się zarówno w mieście, jak i w warunkach polowych. Odkąd mamy ten zestaw to większość „wodowań” odbyło się właśnie w tej obroży. Żaden inny zestaw nie był przez nas aż tak eksploatowany, w tak krótkim czasie. Nie wynikało to wcale z obowiązków testera, a po prostu zaglądając do psiej szafy ten zestaw kusił najbardziej. Możecie się dziwić – tyle jest wzorów, dizajnerskich printów i faktycznie Manusiowa szafa też bogata jest w różne cuda, a jednak czasem prostota wygrywa z każdym esemfloresem.

I LalaZoo na polach.

Na koniec zostawiłam jeszcze jedną zaletę – cena. Zestaw obroża ze smyczą możecie kupić już za ok. 50 zł! W zestawie wychodzi taniej. Jest kilka opcji kolorystycznych do wyboru. Szczerze? Hand Made komplet w takiej cenie? Warto!

Raty? Po co raty? czyli LalaZoo w Media Markt.

W ofercie LalaZoo znajdzie nie tylko obroże, ale przede wszystkim legowiska, zabawki, bandanki… oraz ochraniacze na klatki kennelowe, wyjątkowy na naszym rynku produkt. Kontakt z firmą jest bardzo przyjemny, a jednocześnie profesjonalny. Widać, że ich produkty robione są z pasją.


LalaZoo i Żabie Doły w Bytomiu.

Aktualnie firma LalaZoo szuka kolejnych testerów. Projekt Yellow Dog jest zupełnie wyjątkowy. Słyszeliście kiedyś o żółtej wstążeczce i o tym jak należy zachować się wobec psa ozdobionego takim gadżetem? Mam nadzieję, że tak, ale dla przypomnienia, są to pieski, które z różnych przyczyn potrzebują więcej przestrzeni. Takich piesków nie głaszczemy i nie podchodzimy do nich z naszymi czworonogami. Mogą to być pieski lękliwe, w trakcie terapii behawioralnej, po przejściach, mogą to być pieski chore lub w trakcie rekonwalescencji. Jakikolwiek powód nie stałby za żółtą wstążeczką warto abyśmy edukowali osoby w naszym otoczeniu o jej znaczeniu, tak by naszym psiakom ułatwić poruszanie w przestrzeni publicznej. Właśnie takich żółtowstążeczkowych testerów szuka aktualnie LalaZoo. Po szczegóły zapraszam na ich facebooka i instagrama.

I znów Silesia City Center a Manu w LalaZoo.

Podsumowując jestem ogromnie zadowolona z zestawu Yami. Komplet ten jest cały czas w użyciu i stał się naszym ulubionym zestawem. Przy zamawianiu warto zapytać o kółeczko na adresatkę, bo tego niestety brakuje. Jest to jednak jedyna i niewielka wada zestawu, który można kupić za naprawdę rozsądne pieniądze. Polecamy gorąco!

EDIT: Po publikacji otrzymałam informację od LalaZoo, że sprawa adresatek została już rozwiązana, a zatem oficjalnie nie widzę minusów tego produktu!

Ja już mam LalaZoo! A Wy se kupcie!

niedziela, 19 sierpnia 2018

Chwalipost na 3 urodziny!


Dziś 3 urodziny Manutka! Z tej okazji będzie chwalipost. Chcę podzielić się z Wami naszymi sukcesami i osiągnięciami. Nie będzie to notka o sztuczkach i konkursach, ani o moich sukcesach związanych z psami. Dziś będzie o małym, niepozornym schroniskowcu z potencjałem, który wyrósł na mądrego, pięknego psa. 

fot. Anna Jagła Photography

Manu do schroniska trafił 1 maja 2016 roku odłowiony z ulicy, a do naszego domu 20 maja tego samego roku. Miał wtedy 9 miesięcy i pstro w główce. Jednym z największych problemów i najbardziej niebezpiecznych zarazem było rzucanie się na każde możliwe jedzenie. Nie ważne czy na ulicy został kawałek bułki, kości, czy nadgnita pomarańcza – wszystko lądowało w psim pysku.

Kiedy pytasz psa co je, a ten zaczyna przeżuwać szybciej.

W domu jedzenie w misce znikało w 10 -15 sekund połykane bez przeżuwania, co kończyło się wzdęciami i bólami brzuszka. Nie mogliśmy też zostawić nic na blacie kuchennym co mogłoby być jadalne. Jego ofiarami padły pomidorki koktajlowe wraz z gałązkami i cały słoik Nutelli (o czym możecie przeczytać tu).

Wdrożyliśmy od razu kilka działań, które przyniosły nam sukces. Po pierwsze kupiłam miskę spowalniającą jedzenie. Manu dostawał małe porcje, trzy razy dziennie o stałych porach, karmy o małych kuleczkach. Czas jedzenia z 15 sekund wydłużył się do 50 sekund, a teraz nawet dłużej. Wprowadziliśmy też wyciszanie przed jedzeniem. Gdy przygotowuję posiłek Manu siada w kuchni w pewnej odległości od miski. Sypię karmę do kubeczka (każdy posiłek ważę), wrzucam ją do miski, biorę miskę z wodą, wylewam, myję miskę, nalewam świeżej, kładę na ziemi. Manu wtedy na mnie spogląda i grzecznie czeka. Pada „smacznego” i piesek spokojnie podchodzi do miski i zajada wszystko dokładnie gryząc! W problemach gastrycznych bardzo pomogła też zmiana karmy i tu będziemy wychwalać Belcando przed każdym kto zechce słuchać. A blaty? Wprawdzie Manu nauczył nas bardzo dobrego nawyku by je sprzątać przed wyjściem, nie musimy już aż tak panikować. Chowamy rzeczy potencjalnie toksyczne, jak czekolada i bardzo aromatyczne, jak mięso, ale nie popadamy w paranoję – miska z owocami pozostaje nietknięta.

To ja tu chciałem posprzątać i taka niewdzięczność mnie spotyka.

Co zaś się tyczy spacerów wprowadziłam dwie komendy – „zostaw” i „wypluj”. Pierwsza działa, gdy coś zauważę, druga, gdy jest już za późno. Muszę jednak przyznać, że Manu rzadko interesuje się teraz jedzeniem na dworze. Przechodzi spokojnie obok wszelkich owoców, obierków z ziemniaków, lodów. Nie zjada też szynki, kiełbasy, czasem tylko oblizuje się przy ich wąchaniu. Zdarza się, że próbuje wziąć do pyska jakieś żeberko, ale wtedy mamy wypracowane komendy. Jest tylko jeden „rarytas”, który jest w stanie skusić biedny psi umysł, gdy spuszczony jest ze smyczy – pewnie wiecie o jakie paskudztwo chodzi. Mieliśmy niedawno taką przygodę: zobaczyłam błysk w oku psiaka i w oddali otwarty pysk nad takim „przysmakiem”. Krzyczeć zostaw było za późno, więc krzyknęłam „WYPLUJ!”, a Manu ile sił w nogach przybiegł do mnie i prosto mi pod nogi wypluł to cudo z merdającym ogonem oczekujący nagrody. I wiecie co? Powiedziałam „dobry piesek”, bo zrobił to o co go prosiłam, a bywało że wpieprzał aż mu się uszy trzęsły, tym szybciej, im ja szybciej biegłam w jego stronę – jest sukces? JEST!

Ja: Co masz w pysku?
Mój pies:

Drugim Manusiowym problemem było ciągnięcie na smyczy. Przyznam, że mistrzem nie został i do psa do obi mu daleko, ale mamy w tej kwestii ogromne postępy. Po pierwsze Manu nie ciągnie, gdy nic się nie dzieje – zwykły spacer, sikaski, wąchaski, wszystko w normie. Problem pojawiał się w trzech sytuacjach – podchodzenie do samochodu, widok psa i obce miejsce.

Jak mogę ciągnąć skoro wyprowadzam się sam?

Pierwsza sytuacja wynika z ogromnej psiej radości z wycieczki. Trzeba Mankowi przypominać jak się należy zachować za każdym razem, ale po przypomnieniu udaje się podejść bez urywania ręki.

Druga sytuacja była znów potencjalnie niebezpieczna. Nie każdy pies życzy sobie by podbiegał do niego rozwydrzony młodzian w postaci Manusiowej. Niestety na początku tak to wyglądało. Nie ważne czy maluśki york, czy wielganych owczar Manu ciągnął ile sił w łapach i od razu podbiegał pod pysk by lizać kolegę. Zero sygnałów, zero kultury, po prostu hiperentuzjastyczne „BAW SIĘ, BAW SIĘ, BAW SIĘ”. Próbowałam różnych metod – odchodziłam, gdy ciągnął, wymuszałam podchodzenie po łuku, zatrzymywałam się przy napiętej smyczy. Koniec w końcu zaufałam drugiemu psu. Gdy Manu zaczynał się ekscytować zatrzymywałam się i mówiłam „czekaj”. Jeżeli piesek podchodził wesoło i radośnie to pozwalałam na interakcję, jeżeli widziałam, że podchodzi, ale groźnie i agresywnie, schodziłam z Manusiem na bok i stawałam pomiędzy nim i psem, a jeśli piesek z naprzeciwka obwąchiwał ziemię, cofał się za właściciela, oblizywał, nie pozwalałam Manusiowi podchodzić, ale nie rozdzielałam też psów ciałem. Manu chłonie jak gąbka i tę naukę szybko sobie przyswoił. Nauczył się odczytywać sygnały innych psiaków, sam też pięknie je teraz wysyła.

Nie lubię tego piesku co tam idzie.

Efekty? Większość piesków mijamy bez spoglądania czy ekscytowania się. Są psy, które Manu mija łukiem, bo widzi, że to nie fajny kumpel. Zdarza się, że przystaje i obwąchuje ziemię, czekając na reakcję psa. Jeśli pies zmienia nastawienie to wita się, jeśli pozostaje wrogi to Manu sam oddala się bezpiecznie. Są pieski, z którymi jest miłe, serdeczne, krótkie powitanie i idziemy dalej. Są też jednak i takie pieski, na które nadal musimy czekać w miejscu, bo Manu tak je kocha, że podchodzenie skończyłoby się wyrwanym barkiem – ale o dziwo, czekanie jest w porządku. W tym miejscu pozdrawiamy Pogo i Myszkę J. Myszka jest szczególnie miła naszemu sercu, bo gdy ją poznaliśmy nie bawiła się z innymi psami. Zaufałam wtedy jednak mojemu psu, który wysyłał wszystkie afiliacyjne sygnały do koleżanki, a ona zaczęła odpowiadać tym samym. Teraz Mycha cieszy się towarzystwem innych psów, a Manu jest jej chłopakiem, który może pozwolić sobie nawet na ciągnięcie za fafle! Psiłość 4ever!

Moja dziewczyna.

Udało się nam też zdobyć kilku psich kolegów w ten sposób. Warto wspomnieć tu o przemiłym, ale nieśmiałym Kawisiu, który gdy Manu pełen dobrych zamiarów do niego podchodził, uciekał przed Manutkiem. A teraz, gdy czekamy w miejscu Kawiś podchodzi sam i wita się z Manusiem, a ten spokojnie daje się obwąchać. Duma mnie aż rozpiera!

Pozostał jeszcze temat ciągnięcia na smyczy w nowych miejscach i tu nadal pracujemy. Jest lepiej, jest spokojniej, ale jeszcze nie na tyle by się tu chwalić :P

Trzeci duży problem, który choć nie jest jeszcze w 100% wyeliminowany to jest tak duży progres, że aż muszę tu napisać - samodzielność, a raczej jej brak. Manu po adopcji trzymał się mojej nogi jak przylepiony. Gdzie ja tam on, jak cień. Choć dla nas ludzi jest to bardzo miłe, schlebia nam i ludzie często chwalą się tym mówiąc o psiej wdzięczności i wierności, to dla psa nie jest to, moi Drodzy, zdrowe. Takie sytuacje. Pies leży na kanapie i drzemie, ja podnoszę się by sięgnąć po kubek herbaty stojący na stoliku, pies zrywa się, zeskakuje z kanapy i patrzy na mnie „co robimy?”. Wchodzę rano do łazienki, pies próbuje wcisnąć się do środka ze mną, kładzie się pod drzwiami łazienki w przedpokoju i piszczy, drapie w drzwi. Jesteśmy na spacerze w trójkę, Manu zostaje przed sklepem ze swoim Panem, ja wchodzę do środka kupić nam coś do picia, pies ciągnie, szczeka, piszczy, wyrywa się do sklepu. Już nie brzmi tak słodziachnie prawda? Manu potrafił od samego początku zostawać sam w domu i z tym nie ma problemów do dziś. Gdy tylko się zbieramy kładzie się do budki i całą naszą nieobecność przesypia. Zależało mi na tym by taki samodzielny był też, gdy jestem w zasięgu wzroku.

Nie opuszczaj mnie Mamuniu.
fot. Anna Jagła

Nie będę tu opisywać wszystkich rzeczy, które zastosowałam, bo była to ciężka praca, wiele elementów trzeba było wprowadzić, wiele rzeczy nauczyć, przyobserwować i zmienić, ale opiszę Wam efekty.

Gdy pracuję w domu np. piszę dla Was tę notatkę, przygotowuję coś na komputerze, czytam, ale także gdy sprzątam, Manu sam od siebie, bez komendy idzie do swojej budki i śpi. Aktualnie mogę nawet wstać od biurka, iść do kuchni nalać sobie coś do picia, przejść do innego pokoju po ładowarkę, czy cokolwiek innego i wrócić do biurka, przechodząc kilka razy obok budki i Manu nie wstaje tylko dalej śpi. Rano, gdy idę do łazienki, wchodzi do budki i leży. Gdy leży na kanapie i wstaję do kuchni czy do łazienki, podnosi łebek, mówię mu „zostań” i o ile wracam do 5 minut to czeka. Powyżej tego czasu idzie sprawdzić, gdzie jestem (work in progress – praca trwa).



Ostatnio Manu zaczął też wybierać sobie najwygodniejsze miejsca do drzemki, co mnie bardzo cieszy i już tłumaczę o co chodzi. Jeśli nie pracowałam tylko np. oglądałam tv, grałam na telefonie itp. to Manu zawsze kładł się tam, gdzie byłam ja. Teraz np. idzie położyć się do drugiego pokoju obok swojego Pana, albo idzie sobie sam do budki, albo kładzie się na drugim końcu pokoju. Brzmi banalnie, a dla nas jest krokiem milowym! 


Jasne, że serce matczyne chce mieć psynka przy cycku non stop, ale matczyna głowa raduje się jak oszalała, gdy widzę jak wychodzi z pokoju i kładzie się na chłodnych panelach, zamiast tulić na kanapie w upale 35 stopni. Nasza relacja na tym w ogóle nie ucierpiała, a powiem Wam więcej jest znaczenie silniejsza i trwalsza. Teraz Manu spędza ze mną czas, bo chce, bo lubi, a nie dlatego, że jest ode mnie uzależniony!



Jest jedna rzecz, która również uległa poprawie, a która wydaje mi się wynika z czego innego niż brak samodzielności, wspomniane wcześniej jęki pod sklepem. Mogę teraz wejść do sklepu i Manu choć czujny, patrzy w drzwi, zachowuje spokój. Nie udałoby się jednak odejść spod tego sklepu beze mnie. Problem tu tkwi w niepokoju wynikającym z rozdzielenia się „stada”. Jak pisałam już kiedyś Manu ma wiele cech psów pasących przy głowie. Jedną z nich jest to, że chce zawsze mieć pod kontrolą wszystkich członków grupy. Teraz, gdy stał się bardziej samodzielny nie reaguje już na moje zniknięcie tak histerycznie, ale reaguje tak samo jak na odejście każdej innej osoby lub psa jeżeli szliśmy jedną grupą. Po prostu chce owieczkę zagonić z powrotem i nie odejdzie bez całego stada. Ponieważ jednak jego czujność przestała być podszyta paniką, lękiem, a jego zachowanie z szarpania i piszczenia, zamieniło się na czekanie i wypatrywanie, działamy już teraz tylko poprzez nie wzmacnianie tego zjawiska (np. nie witam się z nim po wyjściu ze sklepu), nie będę jednak na siłę zmieniać psiej natury.

Rozpisałam się strasznie i mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Ostatnio kilka osób powiedziało mi, że podziwia naszą relację i że jesteśmy z Manu super duetem. Muszę Wam przyznać, że coraz bardziej zasługujemy na to miano. Choć nie było zawsze kolorowo, ciągle się rozwijamy i pracujemy nad tym, by żyło nam się razem jak najlepiej. To co czasem wydaje się nam super zaletą, dobry apetyt, radość na widok psów, podążanie za opiekunem, w ekstremalnych nasileniach nie jest zdrowe. Pieski ze schroniska dostaje się w pakiecie z różnymi trudnościami. Na szczęście my wyszliśmy na prostą.

Kochany Psynku! W dniu Twojego święta życzę Ci zdrowia! Jesteś wspanialszy niż mogłabym sobie to nawet wyobrazić.



poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Wymarzone wakacje na Roztoczu


Niedawno pisałam o warsztatach ABT organizowanych przez COAPE Polska. Warsztaty te odbywały się w Zwierzyńcu na Roztoczu. Nie będę Wam pisać o historii oraz geografii, choć warto ją poznać. Skupię się na tym co w naszym przypadku było najistotniejsze – czy Roztocze jest dobrym miejsce na wakacje z psem?


Nocowaliśmy w kampingu w Ośrodku Wypoczynkowym „Echo” w Zwierzyńcu. Dobowa opłata za psa to 5 zł. Właścicielka ośrodka, która nas powitała w recepcji od razu wygłaskała Manu, chciała wiedzieć jak się nazywa i ile ma lat. Zarówno ona jak i jej mąż okazali się być bardzo uprzejmymi i gościnnymi ludźmi, co nie jest wcale oczywiste. Od pierwszych chwil poczuliśmy się mile widziani. Manu mógł spacerować po całym ośrodku bez smyczy. Ponieważ ManMan jest dobrze wychowanym pieskiem nie uprzykrzał nikomu życia szczekaniem, zaczepianiem itp. a gdy tracił mi się z oczu wystarczyło, że zaklaskałam i przybiegał z powrotem (nie umiem gwizdać, stad Manu przychodzi na klaskanie).


Część kampingów w Ośrodku „Echo” jest odnowionych, część czeka jeszcze na renowację. My mieszkaliśmy w starszym kampingu, ale od razu muszę zaznaczyć, że mimo pewnych braków w wyglądzie, domek był bardzo czysty, łazienka funkcjonalna, a dodatkowo mieliśmy czajnik elektryczny i lodówkę. Ośrodek ma sporą przestrzeń po środku, miejsce na przyczepy kampingowe i namioty, plac zabaw, boisko, kuchnię z telewizorem i nowoczesną łaźnię. Wjazd do ośrodka jest przez parking Biedronki, po drugiej stronie roztacza się zaś Roztoczański Park Narodowy.


Miłym zaskoczeniem w tego typu ośrodkach była cisza. Do godziny 9 rano ja i Manu byliśmy chyba jedynymi obudzonymi istotami. Po 22 zaś panowała cisza nocna. Nawet zabawa dzieci nie wydawała się głośna dzięki dużej przestrzeni. Mogliśmy się bawić, odpoczywać, czytać książki, a wszystko bez zakłóceń.

Haps

To co dla nas było niezwykłą i największą zaletą Roztocza, czego niestety nie mogę Wam zapewnić jeśli tam pojedziecie, to towarzystwo. Andrzej i Olimpia Kłosińscy przyjechali do ośrodka w tym samym terminie co my, a że Andrzej wychował się na Roztoczu mieliśmy ogromną przyjemność poznawać je pod jego opieką jako przewodnika. Manu również nie mógł być szczęśliwszy mają do dyspozycji dwóch niezawodnych kumpli – Whisky i Haps. 


Whisky to niezrównany kompan do zapasów, choć na szlaku trzyma się blisko ludzi i nie szarżuje zbytnio. Haps natomiast to mistrz eksploracji, który wciągał Manutka w Roztoczańską przygodę. Już na drugi dzień, gdy mówiłam po wyjściu z kampingu „Manu, Whisky i Haps” ten pędził ile sił w stronę domku swoich kolegów.

Trzej muszkieterowie

Manu

Whisky

Haps

Zaskoczeniem okazała się również pogoda. Roztocze to najbardziej nasłoneczniony region w Polsce, a jednak trafiliśmy na porę deszczową. Na szczęście oberwania chmury trwały krótko, po czym następował czas 2-3 godzin suchych, a ostatni dzień był w 100% pogodny.


Co zatem możemy polecić:

Roztoczański Park Narodowy – do parku można wejść z psem, po za miejscami ścisłego rezerwatu. Pies powinien być zapięty na smyczy. Park jest doskonałym miejscem dla amatorów wędrówek. Trzeba się liczyć z kilkoma podejściami i pagórkami, ale za to mamy ogromny wybór tras i widoków. I ten zapach! Uwielbiam zapach lasu.


Stawy Echo – w Zwierzyńcu jest rezerwat konika polskiego, którego teren między innymi pokrywa się z terenami stawów Echo. Niestety nie widzieliśmy koników, natomiast dwukrotnie byliśmy nad stawami. 


Dawno nie widziałam tak pięknej i czystej plaży i nie mam tu na myśli tylko Polski. Żółty piaseczek, w którym próżno szukać petów czy kapsli. Woda nieskazitelna. Wyznaczony jest fragment, w którym bezpiecznie można się kąpać. Ponieważ podczas naszych wizyt tam nie było koni, a i ludzi bardzo mało, pozwoliliśmy pieskom kąpać się bez smyczy.





Manu nie chciał wychodzić z wody, szalał niemal do upadłego. Druga nasza wizyta, po zachodzie słońca, była szczególna. Wcześniej tego dnia wędrowaliśmy przez 3 godziny, potem jeszcze zabawy w ośrodku i po godzinie w wodzie Manuśkowi aż zadrżały nóżki ze zmęczenia, ale nadal nie chciał kończyć zabawy. Był jak dzieciak, który stojąc w Bałtyku ma już sine usta z zimna, ale nadal twierdzi, że mu ciepło i chce dłużej się kąpać. 





Stawy Echo są po prostu przepiękne, a do tego jest to niesamowita atrakcja jeśli tylko Wasze pieski lubią wodę.


Zwierzyniec – sama miejscowość, choć mała, jest bardzo ciekawa, zadbana i ma sporo zabytków, które warto zobaczyć. W Zwierzyńcu jest też Ośrodek Muzealny, w którym można poznać przyrodniczą historię regionu – do budynku ośrodka nie można wejść z psem. To co koniecznie trzeba odwiedzić (jeśli macie skończone 18 lat) to zabytkowy browar Zwierzyniec. Psy są tam mile widziane, a do tego ich piwo jest wprost przepyszne. Ma intensywny smak, a nie jest wydziwiane, jak w wielu małych browarach. Wieczorami na terenie browaru wyświetlane były filmy, które można było oglądać leżąc w leżakach.



Kamieniołom w Józefowie – kolejna rzecz, którą udało się nam odwiedzić to kamieniołom na obrzeżach Józefowa. Na wejściu jest wieża widokowa, do której nie można wchodzić z psami. 


Dalej jednak nie ma żadnych zakazów jeśli chodzi o psie hasanie. Oj, a pieski tam się wyhasały! Piękne miejsce, ciekawe geologicznie. Można tam znaleźć muszelki z czasów, gdy tereny te znajdowały się na dnie morza. 



 

Na terenie gminy znajdziemy też piękny (choć zaniedbany) cmentarz Żydowski. Warto zwrócić uwagę na kamieniarski kunszt widoczny na 100 letnich macewach.


Elektrownia wodna przy rezerwacie Szumy – ciekawa ze względu na widok. Manu oczywiście bardzo pragnął się wykąpać w zalewie, nawet na moment wszedł do wody i był mocno zawiedziony, że nie zostajemy tam dłużej. 


Sam rezerwat szumy też jest pięknym miejscem, niestety nie wolno wchodzić na jego teren z psem.



Roztocze okazało się nie tylko pięknym przyrodniczo i ciekawym historycznie miejscem, ale też miejscem, gdzie spotkaliśmy wielu sympatycznych ludzi. Nasze wakacje były za krótkie by pozwiedzać więcej. Spędziliśmy tam 4 pełne dni (nie liczę dnia na przyjazd i wyjazd), z czego dwa zajęły mi warsztaty. Te 4 dni były niewystarczające by poznać Roztocze, ale wystarczające by się w nim zakochać. 


Będziemy tam wracać, tym bardziej, że wszędzie gdzie pojawialiśmy się z psem, spotykały nas tylko pozytywne reakcje!

Manu tuż przed wyjazdem do domu.

Dziękuję serdecznie Olimpii i Andrzejowi za pokazanie nam tego miejsca. Hapsowi i Whisky’emu za świetną zabawę. Magdzie za bycie idealną współlokatorką. A także dziękuję Właścicielom Ośrodka „Echo” w Zwierzyńcu za to, że czuliśmy się u nich całą rodziną tak doskonale.




Od niedawna Manu jest ambasadorem akcji Dog in Travel „Pan Pies w przestrzeni publicznej”. Ośrodek „Echo” jest pierwszym miejscem, które zostało przez nas zgłoszone do mapy miejsc przyjaznych psom i które otrzyma od nas specjalny certyfikat.


Jeżeli chcecie więcej dowiedzieć się o tej akcji, poszukać przyjaznych miejsc na mapie, albo zaczerpnąć wiedzy z doskonale prowadzonego bloga zapraszam na www.dogintravel.com

Aby przeczytać o ośrodku wchodźcie na www.echozwierzyniec.pl