niedziela, 30 kwietnia 2017

Dzień z życia Pieska Manu

Początek maja jest zawsze radośnie świąteczny, więc dziś dla przekory chciałabym opisać jak wygląda nasz przeciętny dzień, a raczej dzień Pieska Manusia. Oddam mu zatem głos.


W nocy śpię sobie w moim wygodnym łóżeczku w przedpokoju, tuż przy drzwiach sypialni mojej Pani i Pana. Nad ranem jednak, gdy zaczynam się już trochę wiercić tęsknię do nich bardzo. Przenoszę się więc do sypialni. Kiedyś kładłem się na ziemi, jednak moi ukochani M. i M. zauważyli to i kupili w jakimś owadzie materac na ziemię na całą szerokość łóżka. Tam teraz zasypiam – zanim przejdę do łóżeczka i tam też kończę nockę.

moje łóżeczko
Czasem wytrzymuję do dźwięku fal morskich po Pani stronie łóżka, czasem to ja jestem budzikiem. Bardzo rzadko to Pani mnie budzi. Jestem wtedy mega zdziwiony! Nasza pobudka to piątek, świątek i niedziela godzina 6:00. Czasem jeśli rojbrujemy do późna 7:00. Ani ja, ani Pani nie lubimy jednak długo spać. Pan lubi, więc go zamykamy w sypialni i wychodzimy.

Wstawaj, już nie śpię!

Moja Pani jest super, gdyż pierwsze co rano robi to wychodzi ze mną na spacer. Ma zawsze przygotowane już „pieskowe” ciuchy (nie wiem czemu tak o nich mówi, skoro to ona w nich chodzi nie ja) i idziemy do pobliskiego parku. Poranny spacer jest krótki 15-30 minut, ale tyle wystarcza, by załatwić co trzeba i pobawić się z moim kolegą Pogo. Pani zawsze czeka, aż zaktualizuję sobie wszystkie parkowe dane, nigdy mnie nie ciągnie, choć ja jak widzę Pogo to nie mogę tego powiedzieć o sobie.

Spacerowy lans.

Po spacerku jest najlepszy moment. Tzn. nie tak zaraz po, bo najpierw Pani troskliwie pyta „Ile pies ma łapek?” i sprawdza przy pomocy ręcznika czy mam wszystkie, a ja je podnoszę, gdy odlicza. Na szczęście nigdy żadnej jeszcze nie zgubiłem, ale strzeżonego…  Czasem Pani otwiera drzwi łazienki, ja wskakuję do wanny i wtedy sprawdza moje łapki. A potem ten najlepszy moment – ŚNIADANIE!

Patrz jaki forfiter! Wskoczyłem mu na tego!

Biegnę z Panią do kuchni, gdzie stoi bardzo ważny przedmiot. To on decyduje o tym ile kulek dostanę [55 g karmy – przypis Pani]. Czarny, płaski kwadrat niczym z Odysei Kosmicznej. Pani myje moje miseczki, nalewa nowej wody i… nie wiem co dalej, bo gdy tylko bierze miseczki w ręce ja pędzę już do pokoju. Niucham czy aby na pewno niesie śniadanko, a potem siadam i czekam na magiczne słowo. Czasem czekam wieczność! Jednak, gdy pada „Smacznego” mogę przejść do jedzenia. Od niedawna mam nową miseczkę z takim grzybkiem. Czy Pani nie wie, że on przeszkadza w szamaniu? Muszę wolniej wyciągać kulki, ale daję radę.

Lubię takie dwa dni, gdy zaraz po śniadanku idę z Panią na kanapę i leżymy sobie tak razem przytuleni. Czasem śpię tylko ja, a czasem nawet Pani zaśnie. Zanim to jednak zrobi, głaszcze mnie czule i mówi do mnie ładnie. A ja się tulę z całych sił. Kładę się na niej, daję buzię koło jej buzi, byle być jak najbliżej.

tak się najlepiej śpi

W takie normalne jednak dni (jest ich niestety więcej), gdy jeszcze jem Pani znika w łazience. Idę grzecznie na lego i czekam na nią. Czekam tam również, gdy robi śniadanie dla siebie. To bardzo ważne bym tam był, gdy Pani lub Pan robią coś w kuchni. Ponoć od tego czy pilnuję mieszkania z łóżeczka zależy nasze bezpieczeństwo. W nagrodę co jakiś czas przychodzą i dają mi smaczka, a czasem ogórka, marchewkę lub inne pyszności. Najbardziej cieszę się z bananów. Państwo też się z nich cieszą, bo zawsze mówią głośno „BANANA!”, śmieją się i nazywają mnie swoim minionkiem. Pilnując z łóżeczka dostaję też pyszną tabletkę dla „koprofagów”. Fajnie chyba być kimś takim, bo dostaje się pyszne tabletki. Gdy czasem zapachy z kuchni są tak fajne, a dzieje się to zazwyczaj, gdy Pani robi obiad, przybiegam mimowolnie. Pani wtedy jest zaniepokojona i pyta „Kaj mosz być?” a ja szybciutko orientuję się „BEZPIECZEŃSTWO!” i wracam na swoją pozycję, za co od razu dostaję nagrodę. Uff… kryzys zażegnany.

Ja tu pilnuję!

Nigdy nie przeszkadzam, gdy Pani je. Leżę wtedy na kanapie i drzemię. Potem Pani mnie masuje. Ten masaż nazywa się „CzyNieMaKleszczydeł” i jest bardzo dokładny. Wstaję tylko by przywitać Pana, który idzie też się kąpać. Dopiero, gdy on zaczyna robić śniadanko, wtedy znów biegnę pilnować całej rodziny. Jestem psem pracującym i bardzo ważnym. Smutno mi, gdy Pani się maluje, bo to znaczy, że idzie, jak to mówi, do „pracki”. Nic się jednak nie odzywam. Pani wychodzi wcześniej, bo dojeżdża, Pan później. O dziwo to Pan wraca wcześniej, a Pani później. Dziwną logikę mają ci ludzie. Gdy Pani już pójdzie, a Pan się zbiera do wyjścia, kładę się do swojego łóżeczka. Pan zamyka pokoje. To dobrze, bo gdy były otwarte szukałem moich M. i M. po przebudzeniu. Teraz wiem, że jestem sam, przedpokój i kuchnię ogarniam wzrokiem i mogę spokojnie spać. Pan zawsze zostawia mi kilka zabawek, ale bez nich to żadna frajda je dziamać.


Przyznam się, że kiedyś zrobiłem niezły Sajgon w domu. Usłyszałem domofon i strasznie cieszyłem się, że moi już idą, a nie szli. Z tego niepokoju pozrywałem tapety przy drzwiach, ale okazało się, że drzwi trzymają się na czymś więcej niż tylko tapetach. Bałem się. Gdy Pan w końcu przyszedł w ogóle się nie gniewał. Stwierdził, że to przyspieszy decyzję o remoncie czy coś, zadzwonił do Pani. Po przyjściu do domu rozmawiali i teraz tylko obcy ludzie robią dzwonek domofonu, a to nie trzeba wstawać z łóżeczka. Pan i Pani to magicy i do domu dostają się prawie bez hałasów.

Cieszę się, gdy słyszę klucz w zamku. Wiem, że przychodzi do mnie mój Pan. Od razu zabiera mnie na spacer. Zazwyczaj chodzimy 30-50 minut. Później mały lunch [20 g karmy – przypis Pani], a potem zabawa. Pan bawi się ze mną aż przyjdzie Pani (chyba, że ma coś super ważnego do zrobienia, ale to rzadko), czasem nawet godzinę. Potem przychodzi Pani, cieszę się bardzo i biegam za nią. Ona trajkocze od drzwi już, ale mnie nie widzi! Więc biegam i biegam, aż dziwię się i siadam, robię buzią „ŁEŁO!”, a ona wtedy przychodzi i mnie mizia. Dziwna ta Pani, że nie chce ze mną skakać, ale taką ją kocham. Pani szybko się przebiera, gdy Pan rozpakowuje zakupy, które przyniosła. Potem Pani robi obiadek, a ja odpowiedzialnie pilnuję tego wszystkiego. Gdy jedzą nie przeszkadzam, wszak „mnie do miski też nikt nie zagląda”, jak to Pani zwykła mówić. Potem się coś krzątają, a ja czekam.

Jedna z moich ulubionych zabawek.

Zdarzają się dni (niekiedy kilka pod rząd!), że bawimy się z Panem dłużej niż zwykle. Pan zachowuje się jakby nie zauważał, że Pani nie ma choć powinna już być. Ja jednak doskonale wiem, że normalnie już dawno mnie mizia, gotuje obiad, a ja pilnuję wszystkich. W te dni Pan sam gotuje i sam je. Smutno mi wtedy. Nie chce mi się już bawić i w sumie to najchętniej bym spał. Jeśli jest już nawet kolacja i Pani nadal nie ma, niepokoję się i czekam na nią pod drzwiami. Na szczęście zawsze wraca, a wtedy cieszę się jeszcze bardziej niż zwykle. Nie lubię jak wykręca takie numery, ale co zrobić. Kobiety!

Tak się uśmiecham jak Pani przychodzi!

Po powrocie jestem dla Pani najważniejszy. Bawi się ze mną, ćwiczymy sztuczki no i idziemy na spacer! Czasem w trójkę, czasem tylko z Panią. Spacerujemy tak 1,5 godziny, czasem dłużej. Spotykamy inne pieski. Biegam bez smyczy. Ćwiczymy sztuczki. Pani robi też sztuczki ze mną z takim wielkim klikerem, którym zakrywa buzię. Patrzy potem na niego i czasem powtarzamy sztuczkę kilka razy, aż mówi „mamy to!”. Zazwyczaj idziemy na moje ulubione pola, gdzie znam już wszystkie pieski i wszystkie zapachy. Czasem jedziemy gdzieś autem! Parki są ekstra choć trzeba być na smyczy. Ekstra są też Pani Mama i Pan Tata, do których jeździmy. Lubię ich dom, a oni lubią mnie. Szybko się do nich jedzie, a jest dużo frajdy, po czym zasypiam na dywanie. Do innej Pani Mamy i Pana Taty, jedzie się dłużej i nigdy jak Pani wraca z pracki, tylko rano. Tam też jest super i też mnie bardzo lubią – muszę być superfajny.

Spacerujemy, gdy pogoda piękna...

...i gdy pada również.

Gdy wracamy ze spaceru Pani ćwiczy ze mną takie spokojne rzeczy. Nic zabawne. Trzeba czekać, aż powie „ok.” i wtedy dopiero można se wziąć smaczka, który leży na jej dłoni. Staram się na niego już nawet nie patrzeć, odsuwam się, ale jak słyszę „ok.” to szybko go porywam.

ćwiczenia samokontroli

Potem dostaję kolację! [55 g karmy – przypis Pani]. Czasem w ciągu dnia dostaję różne fajne gryzaki, takie lizańce [Kong –przypis Pani], czasem nawet kość. Innym razem Pani "ładuje" moją matę taką ze skryjówkami na smaczki. Ale po kolacji już nic. Trzeba czekać potem do śniadanka.

świeżo naładowany - 2 minuty, zamrożony - 30 minut

moja mata węchowa

Po kolacji zaczynam ziewać. Kładę się wtedy na kanapie koło mojej Pani lub koło Pana i powoli oddaję się drzemce. Oni grzecznie siedzą tam ze mną, coś trzymają w rękach, jakieś kartki, albo kalkulatorki, czasem grają mi muzyczkę, czasem błyska coś ze ściany. Są to rzeczy w ogóle mnie nie interesujące. Pan czasem wstaje więc podnoszę głowę i patrzę, czy aby nie idzie do kuchni i nie trzeba będzie go pilnować. Pani jest mniej samodzielna i za nią idę wszędzie. Czasem się daję nabrać i zrywam się, a ona tylko poprawia się na kanapie, albo sięga po coś. Lepiej jednak zerwać się niepotrzebnie niż przegapić jak pójdzie.



A potem mnie budzą. Czasem budzi mnie Pan i wtedy okazuje się, że Pani sobie śpi i jej nie budzi. Czasem budzi mnie Pani i wtedy to ona idzie ze mną na spacer. Taki krótki 15-20 minut na najważniejsze sprawy. Gdy wrócę obowiązkowo sprawdza czy mam wszystkie łapki. Potem idziemy myć zęby. Lubię smak pasty. Później Pani wyprasza mnie z łazienki, a ja czekam na nią w przedpokoju, bo wiem, że jak wyjdzie to będzie znów masaż „CzyNieMaKleszczydeł”. Trochę wstyd przyznać, ale zagląda mi wtedy wszędzie! Między palce, do uszków, nawet do… no wiecie gdzie. Dziwny ten wieczorny masaż. Jakaś rozszerzona wersja porannego. A potem Pani idzie do sypialni, a ja za nią. Idzie tam też Pan. Pan mówi mi dobranoc i klepie po łebku. Pani klęka na materacu i jeszcze mnie głaszcze i głaszcze. Mówi mi wtedy miłe rzeczy, opowiada co lepsze kawałki z naszego wspólnego dnia. Na koniec zawsze mi mówi, że mnie kocha, a ja mówię jej to samo choć z zamkniętą buzią. Pani całuje mnie w czółko, a ja powoli odpływam. Gdy gaśnie światło i słyszę, że moja rodzina śpi, idę cichutko do swojego łóżeczka. Śnię tam o tym jak było dziś, czasem gonię zające, nigdy jednak nie śnią mi się koszmary dzieciństwa, bo po co to rozpamiętywać, skoro teraz żyje się tak cudownie.




Ten post bierze udział w konkursie organizowanym przez blog whippetzpasja.blogspot.com,
w którym sponsorami są: PupiLu, Aptus, Skład Karmy oraz SpeedMania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz